Czytałam wczoraj na „wp” o ekranizacji książki „Dom nad rozlewiskiem” Małgorzaty Kalicińskiej. Cała prezentacja dotyczyła obsady filmu, a przede wszystkim postaci głównej bohaterki, która to ma grać Joanna Brodzik. Książki nie czytałam, więc w sumie nie wiem czy ta aktorka jest dobrze obsadzona czy nie. Uderzył mnie jednak sposób dyskusji o tej książce. Ci którzy czytali i mają inne wyobrażenie o głównej bohaterce nie pozostawili suchej nitki na pani Brodzik, wyzwali ja od pasztetów, kaszalotów itd... A w sumie co ta Brodzik winna że dostała propozycje zagrania w tym filmie, taką wizje ma reżyser i już. To chyba lepiej już na nim skupić agresje niż na niej.
Ale to był jeden wątek dyskusji, drugi dotyczył samej książki. Jak to zawsze bywa – wszystkim się nie dogodzi - jednym się książka podoba, innym nie – wolna wola, każdy ma prawo mieć swoje zdanie. Tylko, że ci co im się książka nie podoba zamiast pisać np. „kiepska bo...” , „głupia bo...” „nie podoba mi się bo...” wyrażając opinie o książce obrażają ludzi którym się ta powieść podobała. Ktoś napisał „fanki tego chłamu” inny „intelektualne dno”, „tuczycie się chłamem o doktorze lubiczu i rozlewiskach, bo to takie życiowe, i kogo wy oszukujecie?”, „kochaniutkie kurki domowe”, „armia urzędasów niższego szczebla”, „personel pomocniczy”... Po co to? Dlaczego podstawą krytyki jest teraz wzajemne obrażanie się. Tak wszyscy udajemy, że byle czego nie czytamy, byle czego nie oglądamy a zachowujemy się jak Doda, Wojewódzki i inni jurorzy z programów rozrywkowych. Bo gdzieś się tej wydumanej złośliwości musieliśmy nauczyć. Nie wierze żeby cały naród takie szaleństwo opętało.
A na końcu powiem jeszcze - przepraszam! a urzędnicy, sprzątaczki, czy gospodynie domowe to nie ludzie? Obywatele gorszej kategorii? Dlaczego tych zawodów używa się w kontekście negatywnym? Zawód jak każdy inny, czy profesor czy cieć – jak ten profesor wejdzie do swojego świata nauki jak mu cieć bramy nie otworzy, albo intelektualista do książek dotrze jak sprzątaczka ton kurzu z półek nie pościera. Chyba często się zapominamy, że żeby społeczeństwo mogło sprawnie funkcjonować każdy jego element musi współdziałać.
piątek, 31 lipca 2009
poniedziałek, 13 lipca 2009
Lipcowe prace
Coś ostatnio na naszym bloogu nie za dużo się dzieję. Ale wynika to nie z tego, że my nic nie robimy... tylko właśnie z tego, że ostatnio robimy troszkę więcej.
Agę pochłonął doktorat, a mnie remont i przygotowania do ślubu. Trudno w tym wszystkim znaleźć choć chwilę żeby przy czymś podłubać. Choć musze się przyznać, że ja ostatnio pasjonuję się malarstwem wielkoformatowym – czyli maluję okna, ściany i drzwi. Ponadto uprawiam wyrzutnictwo swobodne – przez 5 minut zastanawiam się czy dana rzecz nadaje się jeszcze do użytku czy pora pozwolić jej już odpocząć, a potem znów ją chowam do szafki.
Z wieści kulturalnych. Obecnie poczytuję książkę Manuli Kalickiej „Rembrandt, wojna i dziewczyna z kabaretu”. Akcja ksiązki rozgrywa się na początku II Wojny Światowej, trochę w Warszawie, trochę w Krakowie. Młoda dziewczyna, Irenka, nagle staje się powiernicą obrazu Rembrandta, a przy okazji na swojej drodze spotyka małego żydowskiego chłopca, najprawdopodobniej sierotę. Trochę przerażona, w sumie naprzeciw swojemu zdrowemu rozsądkowi ale zgodnie z sumieniem, otacza opieką dzieciaka. Sama nie wie co się dzieje i jak dalej żyć, ale wie też, że ten malec bez niej nie ma szans. Wiec kombinuje jak tu przeżyć i nie dać się z łapać albo z drogocennym obrazem, albo z dzieckiem niszczonej wiary.
Drugi wątek tej opowieści to historia ratowania bezcennych książek zgromadzonych w niepozornym antykwariacie w Krakowie. W antykwariacie gdzie zwykły kupujący był natrętem przerywającym chwile kontemplacji książek przez starego antykwariusza –Żyda, a wstęp do tego świata mieli tylko wybrani, podobni jemu miłośnicy słowa pisanego.
Obecnie jestem na wstępie książki, jak dalej historia się potoczy pokażą kolejne postoje na przystankach, lub w kolejkach.
A na zakończenie jeszcze zdjęcie z wyjazdu do Niemiec. Zrobione jako dowód tego że pomysłowości ludzka nie zna granic ...

Agę pochłonął doktorat, a mnie remont i przygotowania do ślubu. Trudno w tym wszystkim znaleźć choć chwilę żeby przy czymś podłubać. Choć musze się przyznać, że ja ostatnio pasjonuję się malarstwem wielkoformatowym – czyli maluję okna, ściany i drzwi. Ponadto uprawiam wyrzutnictwo swobodne – przez 5 minut zastanawiam się czy dana rzecz nadaje się jeszcze do użytku czy pora pozwolić jej już odpocząć, a potem znów ją chowam do szafki.
Z wieści kulturalnych. Obecnie poczytuję książkę Manuli Kalickiej „Rembrandt, wojna i dziewczyna z kabaretu”. Akcja ksiązki rozgrywa się na początku II Wojny Światowej, trochę w Warszawie, trochę w Krakowie. Młoda dziewczyna, Irenka, nagle staje się powiernicą obrazu Rembrandta, a przy okazji na swojej drodze spotyka małego żydowskiego chłopca, najprawdopodobniej sierotę. Trochę przerażona, w sumie naprzeciw swojemu zdrowemu rozsądkowi ale zgodnie z sumieniem, otacza opieką dzieciaka. Sama nie wie co się dzieje i jak dalej żyć, ale wie też, że ten malec bez niej nie ma szans. Wiec kombinuje jak tu przeżyć i nie dać się z łapać albo z drogocennym obrazem, albo z dzieckiem niszczonej wiary.
Drugi wątek tej opowieści to historia ratowania bezcennych książek zgromadzonych w niepozornym antykwariacie w Krakowie. W antykwariacie gdzie zwykły kupujący był natrętem przerywającym chwile kontemplacji książek przez starego antykwariusza –Żyda, a wstęp do tego świata mieli tylko wybrani, podobni jemu miłośnicy słowa pisanego.
Obecnie jestem na wstępie książki, jak dalej historia się potoczy pokażą kolejne postoje na przystankach, lub w kolejkach.
A na zakończenie jeszcze zdjęcie z wyjazdu do Niemiec. Zrobione jako dowód tego że pomysłowości ludzka nie zna granic ...

...ciekawe tylko czy ktoś obmyślił mechanizm czyszczenia tych półeczek.. bo jak nie, to kiedyś jakiś przechodzień może mieć "duży problem" na głowie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)