czwartek, 3 lutego 2011

W nowym czasie

Minął grudzień, minął styczeń... nadszedł luty.... a ja nie mam nic do napisania. I nie dlatego że nic się nie dzieje, właśnie za dużo się działo żeby móc to spisać.

Człowiek sobie myśli jak dobrze że ma prace.... tylko czasem ta praca bardziej szkodzi człowiekowi niż daje pożytku. Ale pracuje się dalej, zaciska się zęby i idzie, a w środku aż gra ze złości.

Najbardziej nie znoszę bezradności - tego że nieważne co i jak bym zrobiła już nic nie poradzę, bo zależy to od innych, od pogody, od pieniędzy, od zagrań losu.

Tęsknie do czasów jak byłam bibliotekarką, tęsknie do tego jak przychodziłam do pracy i buzia mi się śmiała od ucha do ucha, że lubiłam poniedziałki, że lubiłam swoje zajęcie - ale zachciało mi się pracować w zawodzie.... i mam co chciałam - prace w zawodzi, ale nie ma we mnie już chęci, motywacja utonęła wraz z ta wodą co nas zalewa i ignorancją innych.

Nie wiem kiedy znów coś napisze, teraz trudno zebrać myśli.

piątek, 24 grudnia 2010

Przed swiętami parę słów

Pierwsze słowo - rany jak fajnie, dziś wigilia. Szkoda że Święta w tym roku są weekendowe ale nie ma tego złego... przynajmniej nie miałam problemów z oddawaniem wolnych dni w grafikach.

Po drugie - w tym roku wiele spraw świątecznych (czyt. zakupów) udało mi się załatwić już na początku grudnia więc ostatnich dni nie spędziłam w kilometrowych kolejkach, w korkach, wkurzając się na współużytkowników powierzchni sklepowych co po całym sklepie łażą i zostawiają koszyki jakby to był hipermarket a nie nasz miejscowy sklepik.

A właśnie co do koszyków....

Po trzecie - zapamiętać na przyszłość - pilnować koszyka w hipermarkecie, szczególnie w okresie przedświątecznym, ja nie pilnowałam i koszyk zgubiłam, albo ktoś sobie pożyczył... przecież rzeczy w nim były już przez kogoś wybrane ale jeszcze nie płacone więc w sumie nikomu nic się nie stało tylko że mnie nieźle to wkurzyło, aż mnie trzeba było ewakuować ze sklepu bo mogłam komuś zrobić krzywdę - np tej pani co mi koszykiem przejechała po nodze jak pędziła na oślep do półki z zabawkami po jedną z milionów sztuk Barbie.

Po czwarte - zaszalałam cukierniczo na te święta. Zobaczymy czy ciasto Pyszotka vel Pani Walewska wyszło...

A po piąte, szóste, siódme i ósme - życzę Wszystkim


Wesołych Świąt



czwartek, 9 grudnia 2010

Mikołajki

W tym roku wręczałam ręcznie robione "Mikołajki".

Zrobiłam je wcześniej, w zeszłym tygodniu obfotografowałam, w poniedziałek wręczyłam i już czas najwyższy żeby je pokazać bo trzeba się brać za kolejne prezenty.

Oto moje pierwsze próby z sowami. Pomysł zapożyczony z Sankowa: http://sanka1.blogspot.com/
ale moje sowy jeszcze nie wychodzą tak jak powinny. Tzn moja siostra jak swoją zobaczyła to nawet nie skojarzyła że to sowa... myślała że to jakaś twarz, na szczęście moja niezawodna mama uratowała mój honor i od razu mówi "SOWA"




(Sowa Anety)
no może i trochę ma męskich rysów ale oczy mówią same za siebie:)


druga sowa - sowia inteligencja aż wyziera z tych oczu:)




Wymyśliłam też że zrobię broszki z szydełkowych kwiatków - robi się szybko i można się pobawić koralikami. Potem kwiatek na czapkę i już mamy modnisię:)


a tak towarzystwo prezentuje się w całym zestawie.

środa, 1 grudnia 2010

Akcja "Łap łabędzia"

Wszyscy widzą jak jest na zewnątrz - biało, ślisko i minus 12. Kto nie musi ten nie wychodzi z domu. No niestety dzikie zwierzęta za dużo luksusów w naturze nie mają - jak pada deszcz to na łep, jak wieje wiatr to biednemu, jak śnieg to w gnieżdzie bez dachu, jak mróz to akurat na tym jeziorze gdzie żeśmy zaspali... i tak z racji miejsca usytuowania mojej "fabryki" ostatnio mamy różne atrakcje ze zwierzętami.
Wczoraj był przemarsz łosi - zważywszy na otaczającą nas aurę poczułam się jak w "Przystanku Alaska". To nie Truskaw tylko Cicely na Alasce, a łoś przy drodze się na mnie spojrzał jak na wariata że mu jedziemy samochodem przez stołówkę.
Dziś zaś była akcja przymarznięty do stawu łabędź. No bidny siedział tak na środku, łap wyciągał jakby chciał kuper od tafli oderwać siła szyi i tak się go wszystkim zrobiło szkoda że zawiadomiliśmy Urząd Gminy żeby coś wymyślili.
I proszę - akcja uwieczniona na foto - przyjechało OSP, łódkę wyciągnęło, potem po stawie z bosakami i łódką pod ręką (w razie jakby się lód zarwał i by mieli się skąpać) pomaszerowali dzielne chłopaki nieść pomoc ptaszkowi.


tylko że ptak jak zobaczył czterech facetów idących na niego z siekierami to scykał, wziął się zebrał w sobie, kuper z lodu odkleił i ...... spitolił.


mam nadzieję że odwiedzi nas na wiosnę:)



poniedziałek, 15 listopada 2010

Weekend pod znakiem robótek ręcznych

Ostatnio z wielką namiętnością oglądam blog:
"kolorowy świat włóczek i mulin" - http://haft.blox.pl/html
Autorka tego bloga tworzy przecudowne szale, chusty i szaliki z włóczek, sama farbuje nitki, wymyśla wzory i tworzy cudne prezenty.
Autorka bloga poza tym jest wspaniała bo postanowiła podzielić się z innymi niektórymi tajemnicami swoich prac i podała schematy i zwory. Zatem dumnie prezentuje moją próbkę na chustę - wzór jest dość prosty - wystarczy kontrolować dobieranie oczek - a potem kombinować już jak kto umie:)


Ale chusta jak już mówiłam jest prosta - co innego stało się wyzwaniem weekendu. Odwiedzając "kolorowy świat włóczek i mulin" po raz pierwszy zobaczyłam coś takiego jak szal zrobiony wzorem summit. No zachorowałam żeby się tego wzoru nauczyć. Nawet dostałam od jednej bloogerki schemat jak robić ten szal - ale coś mi stale w mojej robótce nie wychodziło. I dopiero gdy połączyłam opis już przez mnie posiadany z opisem z "kolorowego świata", filmiki na youtube (wcześniej nie wpadłam na to że tam mogą być filmiki z metodami nabierania i zbierania oczek) oraz własną idee pt "to powinno iść jakoś tak" uzyskałam sukces. A gdzie leżał szczegół, ten tzw pies pogrzebany że mi wcześniej nie wychodziło? - a w tym, że jednak jest różnica jak ktoś robi prawe wzory lewą ręką, (co mi ciągle tłumaczył mój mąż ale ja się twardo upierałam że nie) okazuje się że tam gdzie praworęczni oczko przekładają ja muszę przerobić, jak się dobiera z prawej to ja z lewej itd, jak się "gubi oczko od lewej to ja oczywiście powinnam to robić od prawej.... no ale to człowiek mądry teraz jak 20 razy mu nie wyszło....

Finalnie się w końcu udało, i oto moje pierwsze próbne ale prawdziwe summit


jak widać schematy już trochę "ubarwione" moimi przemyśleniami i spostrzeżeniami - Patryk się śmieje bo opis do schematu jest na 3 strony a ja obczaiłam dopiero 1......

I jeszcze mały zestawik prac weekendowych wykonanych w pocie czoła:) ale dumna z siebie jestem jak paw :)

środa, 3 listopada 2010

Moja biżuteria

Oto fotki z prac wykonanych na "warsztatach biżuterii"

To jest pierwsza praca jaką zrobiłam - trochę prymitywna ale jak to na początek - efekt nie powala ale pracy było dużo.

Poniżej naszyjnik już bardziej skomplikowany - z samodzielnie plątanymi kulkami. Najpierw z drucika trzeba było zrobić sprężynę - potem rozciągnąć ją trochę i zwinąć w coś kulastego - wynik - nietypowy naszyjnik i kilka dziur w opuszkach palców.




Kolczyki wykonane metodą zawijania drucika na około - tak do otrzymania łezki - trochę ciężkie, ale mają bajer, na druciku są małe koraliki, ale niestety mało widoczne na tym zdjęciu.



A oto bransoletka z ostatnich zajęć. Tak naprawdę to na ostatnich zajęciach wszystkie miałyśmy robić kolczyki z kwiatkiem robionym na szydełku i trzeba było przynieść szydełko i nitki -o czym nie wiedziałam bo na przedostatnich zajęciach nie byłam. Poza tym w trakcie się okazało panie co chciały robić te kolczyki to nie umieją robić na szydełku - wiec pół zajęć była nauka, a ponieważ ja nie miałam dobrego szydełka, tylko dostałam jakiegoś giganta do wełny którym miałam robić na sztywnej, cienkiej dratwie i mimo że umiem robić słupki i półsłupki to stwierdziłam że i tak będę miała kwiatek do bani wiec pani prowadząca się nade mną zlitowała i dała mi do robienia tą bransoletkę tylko, że nie powiedziała jakie będzie zapięcie - wiec ja zrobiłam bransoletkę na miarę a potem doszło ze 2 cm na klamerkę - i jest trochę przy duża, ale fajnie wygląda więc będę ją nosić na wierzchu rękawa



A to prawie cąły komplet mojej biżuterii - bez 2 par kolczyków, jedne są u Anety, drugie były w uszach jak robiło się to zdjęcie i o nich zapomniałam:)




czwartek, 21 października 2010

o rany....

o rany ale dawno tu nikt nic nie pisał...hm ja nic nie pisałam. wygląda na to że nic się u nas nie dzieje - a to nie prawda! dzieje się i właśnie dlatego chyba nie piszemy.

Po pierwsze - zapisałyśmy się z Agą na salse i co poniedziałek wyginamy śmiało ciało w Centrum Kultury

Po drugie - ja zapisałam się na warsztaty z biżuterii - i też co tydzień tym razem we wtorki wyginam śmiało druty, żyłki i igiełki robiąc coś do zawieszenia na uchu lub szyi. Ostatnio nawet moja siostra wzięła ode mnie parę kolczyków - znaczy się, jak taki znawca bierze to musiały mi wyjść ładne.

Po trzecie - zaczął się okres dyni - 2 razy była zupa na słodko i raz akcja marynowania dyni (mam nadzieje, że to wyszła rzeczywiście dynia marynowana a nie zmarnowana)

Po czwarte - na drutach zrobiłam dla siebie ocieplaczebez palcowe na ręce (nie mylić z rękawiczkami). To w związku z nastaniem już zimniejszych dni i wizją siedzenia 8 godzin w pracowni gdzie prawie w każdej ścianie jest dziura od wentylatora - wiatr w nich pięknie hula kula - najbardziej "lubię" tą dziurę nad biurkiem z komputerem - jak jest deszcz to z niej pada, a w zimę wieje mrozem po palcach (wiesz o czym mówię Marysiu). Wiec teraz jak tylko zacznie mi być w pracy zimno w ręce będę miała ocieplacze.

Po piąte- oboje z Patrykiem przeszliśmy pierwszy atak grypy.

Po szóste - przez wakacje przeczytałam trylogie Millenium. Polecam, mocna rzecz - trzyma mnie do dziś.

Po szóste - podczas chorobowego przeczytałam "Byczki w pomidorach" Joanny Chmielewskiej.... rozmawiałam kiedyś o jej książkach ze znajomą panią kustosz biblioteki i obie zgodnie stwierdziłyśmy, podobnie jak większość starych czytelników książek Chmielewskiej, że jej współczesne kryminały już nie mają tego "czegoś". Przeczytałam "Byczki" przez sentyment i szacunek dla pani Joanny, ale się nie zachwyciłam, szczególnie że wcześniej skończyłam Millenium. Przyznaję, te dwie książki to dwa rożne typy kryminałów - inny ciężar poruszanych spraw - ale czytając Millenium musiałam sobie samej ustanowić rygor przerw - bo inaczej dom zarósłby brudem, a obiad byłby tylko marzeniem mojego męża. Z "Byczkami" było odwrotnie - trzeba było wprowadzić rygor przeczytania określonej liczby stron żeby wyrobić się do końca L4.

Po siódme - konsekwencje pójścia na studia podyplomowe zaczynają być odczuwalne

Po siódme - itd... itd... (wiele się działo ale net znów szwankuje wiec się nie rozpisuję)

U Agi też się dużo dzieje - nowa praca, nowe obowiązki, oczywiście salsa i wiele wiele wiele innych spraw na głowie - bo jak to Aga nic nie robi po prostu, tak jak zwykli ludzie tylko ekstremalnie. I za to ją wszyscy kochamy:) i czekamy na post jej autorstwa.

Na resztce neta kończę ten wpis i obiecuje wrzucić kilka zdjęć. (z góry uprzedzam zdjęć z salsy nie będzie)