czwartek, 24 grudnia 2009

Nie tylko na BN i NR :)

Co ty ten czas wlewał niegasnącą Nadzieję w nasze serca... Bo jest to przecież obietnica Zbawienia!

Wszystkim Wam oraz Waszym bliskim życzymy pięknego przeżycia tych Świąt :) I wszelkiej pomyślności nie tylko w 2010ym :)


No i jeszcze w takim razie kilka fotek z mojego pierniczenia ;)







środa, 23 grudnia 2009

Pierniczymy

W związku z okresem który nam nastał – pierniczymy sobie.
Aga – pierniczyła dwie niedziele temu – ja w zeszłą.

Oto Piernik Emerytki – w naszej firmie tak mówi się na wszystkie przepisy, które dostaliśmy od koleżanki która odeszła na emeryturę. Zatem mamy piernik emerytki, sernik emerytki, nalewkę emerytki, pizze emerytki...
Tak wygląda piernik w moim wykonaniu.

Do tego zachorowałam znów na przepisy Nigelli – Oglądam sobie Nigelle Świątecznie, zachwycam się, najchętniej bym zrobiła wszystko, poszukuje w internecie przepisów... i kiedy tak grzebałam i grzebałam szukając przepisu na cudne babeczki z żurawiny, zupełnie niechcący trafiłam na ... ślimaki.

Wyszły śmieszne i w brew pozorom lepsze są te ciemniejsze – bo są złote z góry, a blade leżały na drugiej półce i się od spodu trochę przypaliły:)
Ale w sumie już się prawie kończą i nawet pojawiły się pytania kiedy będą nowe – zatem – ślimaczki – do dzieła:)
A na koniec coś z innych klimatów - taki OBCY wyrósł w mojej "przelewowej" lampie - normalnie Archiwum X z żarówką


niedziela, 6 grudnia 2009

Z tygodniowym opóźnieniem - Giganciaki

Tydzień temu skończyłam czytać książkę: Julie/Julia Rok niebezpiecznego życia.


Jest to książka o tym jak młoda dziewczyna Julie Powell przez rok postanawia ugotować wszystkie przepisy z książki kucharskiej „Doskonalenie francuskiej sztuki kulinarnej” Julii Child.

W Stanach Julia Child była pierwszą telewizyjną kucharką i uczyła amerykańskie gospodynie gotowania w stylu francuskim. Taka protoplastka kuchni.tv:
- występowała w telewizji i mówiła o gotowaniu
- uczyła gotować
- była współautorką ksiązki z kuchnią francuską dla amerykańskich gospodyń z kraju ludzi uważanych na kulinarnych ignorantów.

Jej przepisy były pełne masła, cukru, tłuszczy, soli – czyli wszystkiego tego czego obecnie zabraniają jeść dietetycy. Bohaterka książki przeżywa rok niebezpiecznego gotowania gdyż:
- w 365 dni ma zamiar przyrządzić 524 przepisy
- niektóre składniki są trudno dostępne w obecnych czasach – kto gotuje teraz kości żeby uzyskać szpik??
- warunki mieszkaniowe i sprzęt kucharski pozostawiają trochę do życzenia
- bohaterka jest trochę sfrustrowana i lekko zagubiona w swoim życiu, miewa załamania, zwątpienia w swoje możliwości a do tego ma głupią pracę

Książkę czyta się bardzo szybko. Pochłaniają człowieka opisy gotowania, szukania składników i pichcenia po pare godzin – oraz zmagania się jednostki z całym światem i sobą.

Z początku człowiek się śmieje, potem zaczyna zastanawiać sam nad sobą - ja znalazłam wiele wspólnych cech z bohaterką książki. Też lubię wymyślne gotowanie (nie mylić z wykwintnym), żeby danie było trochę z innej beczki, żeby finalnie wyglądało dziwnie. I tak jak Julie strasznie się wściekam jak po kilku godzinach gotowania/pieczenia potrawa się nie udaje bo coś wyszło nie tak. I nie pomaga to, że potrawa jest zjadliwa - jak kucharka wie, że coś jest nie tak to już koniec, katastrofa, cały wieczór który miał być wspaniały jest do bani.


A co ja mogłam zrobić po skończeniu takiej książki?
Jest taki jeden przepis, który od pewnego czasu jest dla mnie wyzwaniem. Już próbowany, ale jeszcze nie wypróbowany – tzn. będzie wypróbowany jak w końcu się uda. Raz na jakiś czas najdzie mnie potrzeba by znów podjąć wyzwanie – więc skończywszy czytać książkę o niebezpiecznym gotowaniu nie mogłam zrobić nic innego jak znów spróbować – czyli umordować ciasto drożdżowe – finał w piecu wyglądał tak…


To jeszcze nie to, jeszcze się nie udało – ale za każdym razem jest trochę lepiej.




Potem spróbuje jeszcze raz, teraz trzeba dojeść te wytwory:)
Poza tym teraz czytam książkę o malowaniu.... ciekawe czym to się skończy;)

czwartek, 19 listopada 2009

Finał kabaretowy

Wczoraj mojemu mężowi o zdolnościach pirotechnicznych – z naciskiem na technicznych– udało się cudem jakimś uruchomić internet.

Po wojnie z infolinią, z konsultantami, z monterami, z kimś tam i czymś tam jeszcze, Patryk pokombinował znów z modemem i komputerem i jakoś sobie tylko znanym sposobem uruchomił cyberświat.

Nie znam się na szczegółach, nie wiem jak to zrobił, co spiął, co podpalił komu zagroził siekierą – jakoś działa. Wydaje mi się, że to nie koniec walk bo działa wolno – w czasie otwierania strony można zrobić sobie herbatę, zatem pewnie kombinować trzeba będzie dalej.
Ale zakupy przez sieć da już radę zrobić – co zostało oczywiście sprawdzone.

Dobrze że pensja już niedługo

środa, 18 listopada 2009

Moralny niepokój w TP.SA

Czy kojarzycie Państwo skecz Kabaretu Moralnego Niepokoju o tym jak jeden człowiek chce kupić bilet do Mławy w kasie gdzie jest telefoniczna rezerwacja biletów i kasjer mu tego biletu nie chce sprzedać bo żeby kupić bilet trzeba do kasy zadzwonić.
No to tak jak ten koleś, który próbuje kupić bilet do Mławy, poczuliśmy się wczoraj z mężem w salonie TP.

Zamarzył nam się Internet w domu. Poszliśmy do TP. 2 razy załatwialiśmy umowę: raz - żeby przepisać na mnie numer telefonu, drugi – żeby podpisać umowę o neostradę i modem. Pan nam powiedział, że w przeciągu 2-3 dni usługa powinna być już dostępna i wtedy można się podłączyć.
Najpierw na nasz domowy telefon zadzwonił automat, że usługa jest aktywna – Patryk zaczął podłączać modem... i klops - nie działa. No ale automat może zadzwonił za wcześniej bo w poniedziałek zadzwonił na komórkę pan z salonu, żeby powiedzieć, że można się teraz na pewno podłączyć. No to próbujemy znowu – po raz dziesiąty chyba no i nic, jak nie działa tak nie działa. Patryk sprawdził wszystko, po 5 razy, zdiagnozował, przełączał, włączał, wgrywał – no jak nic modem popsuty.

Pakujemy się wczoraj w nasze Pikachento i jedziemy do punktu TP na Bemowie żeby wymienili modem. I zaczyna się czeski film.

Pani w salonie pyta - co się stało?
My - modem nie działa prosimy o wymianę.
Pani – a skąd pan wie że modem nie działa?
My – bo jest popsuty, podczas próby podłaczenia pojawia się komunikat, że albo urządzenie jest nie podłączone (a fizycznie jest) albo jest zepsute
Pani – a czy dzwonił pan na infolinię?
My – na infolinie nie można się dodzwonić! Prosimy o wymianę modemu
Pani – no jak się nie można dodzwonić? Przecież infolinia działa 24 godziny na dobę! Jest ogólnie dostępna i przyjazna
My – to niech pani na nią dzwoni
Pani zaczęła dzwonić i zgadnijcie co – nie połączyła się!!!! HaHaHa, musiała resetować telefon!

My – niech Pani nam wymieni ten modem albo rozwiąże umowę
Pani przerażona wizją utraty klienta, dzwoni znów na infolinię. Połączyła się, po 5 minutach doczekała się rozmowy z konsultantem, mówi w czym problem, aha aha, odkłada słuchawkę.
My – no i?
Pani – no ona nie może nam wymienić modemu bo nie ma zgłoszenia telefonicznego na infolinii że jest problem z internetem.
My na nią wytrzeszczamy oczy – no przecież pani to zgłosiła teraz jak dzwoniła.
Pani – no niby tak ale tak naprawdę nie, bo my to musimy zgłosić osobiście, wtedy konsultant który ma dostęp do centrali, sprawdzi połączenie i jak się okaże, że z połączeniem jest coś nie tak to wtedy przyśle montera, a jak po wizycie montera nadal będzie problem z podłączeniem internetu to wtedy dopiero przyjmie zgłoszenie awarii sprzętu i da zlecenie wymiany modemu.

Żeśmy zbaranieli. Czyli mamy teraz zabrać swoje zabawki, jechać do domu, podłączyć wszystko na nowo i z domu zadzwonić na infolinie. I dopiero jak ruszy cała procedura i okaże się że mamy racje to znowu mamy przyjechać po nowy modem.

Ale najlepszy był przypadek pana, który załatwiał sprawę przy sąsiednim stanowisku. Przyszedł z modemem do telewizji, który nie działa. Dobrze, że miał ze sobą umowę bo pani obsługująca powiedziała mu, że przecież on nie ma takiej usługi zaznaczonej w bazie TP wiec nie może mieć telewizji. Facet też zbaraniał. Mówi, że przecież on ma umowę. Pani nie rozumie. To jej pokazał umowę. Kobieta nadal ma problem.... może to nie jest ta umowa? Facet mówi, że przecież sam sobie tego nie wydrukował, są podpisy, są pieczątki, wszystko załatwiał u nich w punkcie! Pani w końcu zdesperowana dzwoni do konsultanta. Chwila rozmowy. No widocznie ktoś danych nie wprowadził do systemu. Centrala usługę uruchomiła, ale ktoś zapomniał to odznaczyć, ale już błąd został naprawiony i ona teraz już może na temat telewizji rozmawiać
Facet brnie dalej. Też mówi że sprzęt nie działa, ani modem internetu, ani telewizji, nic.
Pani chwilę z nim pogadała – znów dzwoni do konsultanta. Aha aha. Pogadała. Pyta pana o jakiś numer komórkowy do kontaktu, facet podał, ona przekazała, i mówi że teraz ten konsultan za chwilę oddzwoni na tą komórkę i przyjmie zgłoszenie. I w tym momencie facet mówi, że nie ma tej komórki przy sobie bo to komórka służbowa, zostaje w pracy. To pani mówi żeby podać inny numer. Pan odpowiada że może dać stacjonarny – ale ten jest w domu! To pani proponuje, że w takim razie ona ustali z konsultantem żeby zadzwonił za parę godzin jak pan wróci do domu. Facet mówi że po co – przecież on tu fizycznie jest! Czy nie może pani przyjąc tego zgłoszenia tutaj?! Nie! Dlaczego? Bo takie są procedury!

Czyli Gość tak jak i my ma pojechać ze swoim sprzętem do domu. Poczekać na telefon. Zgłosić/potwierdzić awarie sprzętu i jeszcze raz przyjechać.

Wariactwo! Ale przynajmniej mają swoje głupie, akredytowane procedury!

Oby tylko facet nie mieszkał w Mławie

niedziela, 8 listopada 2009

Ciastka z dziurką

W piątek postanowiłam wykonać ciastka z czekolady. Przepis zaczerpnięty z Teletygodnia. Rozpuścić 1,5 tabliczki czekolady, dodać pół masła, potem 3/4 szklanki cukru i cukier waniliowy, (mieszać aż się rozpuści), 1 szklankę mąki i na końcu 3 jajka. Banalne.


Tylko..... Po rozpuszczeniu czekolady z masłem od razu dodałam cały cukier- i się ni jak nie rozpuścił, zrobiła się klucha, potem jak próbowałam wszystko uratować i wstawiłam na gaz by kluchę podgrzać to się zrobiła klucha pływająca w tłuszczu -nie wróżyło to nic dobrego.

Jakimś cudem udało mi się w to wepchnąc mąkę, potem wystudziłam i dodałam jajka - ledwo, bo klucha już była mało plastyczna i mikser nie miał siły tego kręcić.


W przepisie było podane - masa na 12 babeczek i piec w 175 stopniach przez 20 minut. Więc wpakowałam całą masę w foremki i wstawiłam do pieca. Ale okazało się, że:

- masy było za dużo i wykipiała

- temperatura była za wyskoka - i się przypaliły

Zatem finalnie miałam 12 czarnych, monstrualnych, pokręconych babeczek - raczej nie do jedzenia.


Ale się nie poddałam. W sobote rano kupiłam nowej czekolady, rozpuściłam wszystko, powoli dodawałam cukier (uniknęłam kluchy), wszystko ładnie połączyłam, zamiast wkładać masy do foremki na 3/4 wysokości włożyłam na 1/2, nastawiłam mniejszą temperaturę i po wyjęciu z pieca otrzymałam takie cudaki:









Zapytacie skąd te dziurki - otóż zaraz po wyjęciu z pieca należy wgnieść ciasto do środka (nie robić tego palcem bo może być płacz)


Dziurka jest na krem - jak ciasteczka wystygną nakłada się na nie krem i finalnie wszystko wygląda tak:




A na koniec - pamiątkowe zdjęcie z wieczoru kabaretowego :)
Ja i "Pan Mariolka" (Igor z Paranienormalnych)


poniedziałek, 2 listopada 2009

Z pamiętnika technologa – „Poszukiwaczki zaginionych rozdzielaczy”

Ten post miałam wrzucić w piątek w pracy - ale zapomniałam:) w kontekście całej historii jest to u mnie bardzo normalne...


Z koleżanką Marysią – moją współgospodynią laboratorium zaplanowałyśmy sobie w środę badanie detergentów. Rano Marysia przeżyła ekstremalną wyprawę pogotowiem wod-kan po próbki i o godzinie 9 z minutami zaczęłyśmy przeprowadzać analizę.
Na początku jak przystało na przyzwoite laborantki zaczęłyśmy przygotowywać sprzęt i odczynniki zwłaszcza że tych badań nie robi się zbyt często i są one dość trudne do przeprowadzenia na naszych sprzętach.
Zatem, uzupełniłyśmy tryskawki z wodą destylowaną i acetonem, wyjęłyśmy zestawy do analizy, przeczytałyśmy metodykę wykonywania badań (nic nie zrozumiałyśmy) i naszykowałyśmy szkło laboratoryjne.......... hm............. i tu się pojawił problem............. gdzie Marta schowała rozdzielacze gruszkowe niezbędne podczas tej analizy...........??? Nie pamięta!!!!!!!!!!

Dla niewtajemniczonych - rozdzielacze gruszkowe to takie szklane bańki w kształcie odwróconej gruszki z korkiem szklanym na górze (tzn. tam gdzie gruszka ma grubszy koniec) i wypustem z kranikiem na dole (tam gdzie gruszka zwykle ma ogonek)... :) jak pięknie:) ....
No i Marta zważywszy na to, że sprzęt jest szklany i trochę drogi (więc w przypadku zbicia musiałaby się długo tłumaczyć i motywować szefów żeby kupili nowy) wolała go schować w bezpieczne miejsce żeby go ktoś lub coś (kot) nie zniszczyło.....

Zatem tak go schowałam, że nie umaiłam go znaleźć. Szukałam najpierw ja, potem Marysia – no nie ma – pudełko z rozdzielaczami zaginęło. Przetrząsnęłyśmy szafki, zajrzałyśmy na pułki, za suszarkę, do dygestorium - no nie ma.

Wtem Marysia zaproponowała żebyśmy zaczęły gadać o czymś niezwiązanym z laboratorium to może nam się przypomni. Zatem stoimy i gadamy o czymkolwiek bądź, pijemy herbatę, opowiadamy anegdoty z życia. Marysia tak stoi oparta o szafkę, patrzy się na mnie, na nasz stół wyspowy, na szuflady........ „ty, a może schowałaś to do szuflady?” – i wtedy jak grom z jasnego nieba! Retrospekcja jak tajfun! Tak! Szuflada! Do ostatniej się rzadko zagląda, więc nic się tam rozdzielaczom nie powinno stać!

Zatem po długich poszukiwaniach rozdzielacze się znalazły i analizy przebiegały już dalej bezproblemowo...... prawie.

A morał z tej historii jest taki – dobrze w pracy jest dbać o powierzone sobie sprzęty i sumiennie przykładać się do roboty – jednak przede wszystkim należy jak najczęściej rozmawiać o głupotach bo efekty pracy są większe.

wtorek, 20 października 2009

Z pamiętnika technologa

Jak zreperować lampkę co miga na czerwono a powinna świecić na zielono.

Lampki migające na czerwono zwykle oznaczają awarie sprzętu. Technolog powinna wtedy pójść i sprawdzić na obiekcie co się dzieje z urządzeniem – powinna lecz pada, zatem problem. Ale!!!! Od czego magiczna kula czyli komputer do sterowania oczyszczalnią, który pokazuje więcej niż czerwona lampka. Technolog powinna go sprawdzić co niezwłocznie uczyniła – tam podejrzane urządzenie bezczelnie pracuje poprawnie.

Hm.... co technolog robi w takiej sytuacji? Czy....

1. wzywa na pomoc konserwanta by poszedł i sprawdził co się dzieje z urządzeniem? – nie
2. wzywa na pomoc serwis? – nie
3. wzywa speców od komputerów - nie
4. wzywa na pomoc elektryka by sprawdził urządzenia, kable i lampkę pod względem elektrycznym? – nie

NIE - technolog podeszła to tablicy synoptycznej i palcem kilka razy walnęła w lampkę – wynik – świeci na zielono. Sukces. Naprawiłam. Mogę iść do domu (marzenie ściętej głowy)

Z rzeczy niezawodowych – technolog była ostatnio w teatrze. W niedziele oglądała balet współczesny w Syrenie. Nie jest to jednak ten rodzaj sztuki, która do technologa przemawia. Wyginanie się nie przemawia do prostego technika. Technolog jednakowoż woli by aktorzy na scenie mówili.

Poza tym technolog była całe życie uczona, że do teatru – jako do przybytku muzy i miejsca gdzie jest żywy kontakt aktor - widz, powinno się chodzić elegancko ubranym. Tak myślała do ostatniej niedzieli, kiedy to wchodząc na widownie ujrzała prawie wszystkich panów ubranych w swetry i jensy (te spodnie zbudowały Amerykę ale sorry, bez przesady!) a panie w wełniane tuniki, chusty i szaliki.... a już kompletny zawał dotknął technologa jak koleś, który przed nią wchodził na widownie miał do pół tyłka ściągnięte spodnie i widać mu było majtki a z nich wystawała metka – i wszystko było cool bo metka była firmowa. Widocznie jak bielizna jest firmowa to można ją nosić w teatrze na wierzchu.

Mąż technologa był w garniturze. Technolog była z niego dumna. Sama miała elegancką bluzkę i spódnice – i jest zadowolona z tego, że okazała się purytanką. Może i jest technikiem, wykonuje przyziemną prace, może i nie mieszka w stolycy tylko na prowincji, ale!! lepiej wyglądać nie - trendy niż nosić majtki na wierzchu.

środa, 14 października 2009

KOT

Oto KOT - czyli Ktoś Ogromnie Tajemniczy. Już nie Cygan ale Fuks.........
.
....
.......
....
.
............A może nie Fuks tylko Diabeł.............


A poza tym pada śnieg - super, tylko nie wtedy jak się pracuje w terenie. Ale to nic - nie ma też światła, jak nie ma światła - nie ma stacji nadawczych, nie ma stacji - nie ma komórek, nie ma komórek - nie ma zgłoszeń awarii.... XXI wiek

poniedziałek, 12 października 2009

Kot – niespodzianka

Otóż nie jest to kolejny szydełkowy zwierzak. I nie jest to szklana figurka, i nie jest to maskotka pluszowa tylko żywy, czarny, mały kot.
Kot, kociak, rozwrzeszczana czarna kulka, „co wygląda jak 49 smutków”.

W czwartek go dziewczyny widziały na naszej ulicy. Darł się jakby się go ze skóry obdzierało. Aneta próbowała go złapać, ale zwiał jej najpierw pod jednego wraka co niby jeździ, ale już tak od 3 miesięcy miejsca postoju nie zmienił, a potem pod samochód sąsiada.
W piętek wieczorem mama stwierdziła, że może damy mu coś jeść, bo zdawało się nam, że on jest za mały żeby coś sobie upolować. Próbowałyśmy we trzy, angażując w to jeszcze sąsiada, (którego w całej tej akcji obudziłyśmy) i Patryka. Masakra o 23 wieczorem. Kocio – okazał się jeszcze mniejszy niż z początku myśleliśmy, strach było go łapać bo widać było tylko przesuwającą się czarną plamkę. Oczywiście znów zwiał pod wraka.

W sobotę przyszłam rano do rodziców, patrzę a moja siostra siedzi w łazience z pudełkiem, a mama pod łazienką pilnuje Suzi bo tej mało kręgosłup nie pęknie tak szyje wyciąga żeby zobaczyć co jest w pudelku, Okazało się, że rano, na spacerze z psem Anecie udało się złapać małego. Zaplątał się z trawę i tym razem nie dał rady zwiać.

Jest mały, czarny, ciągle głodny, do tego ma zapalenie ropne oczu, zanim go Aneta dosuszyla widać było jak jest chudy. Cały czas płacze. I jest z niego straszna biedzinka. Zobaczymy, co z nim będzie. Czy przetrwa. Teraz siostra robi za kocią mamę dla Cygana... bo jak że go nazwać inaczej.

czwartek, 8 października 2009

Wakacyjna lektura

Jaką książkę brać nad morze?
Na pewno nie pożyczoną – mam wewnętrzny sprzeciw przed braniem pożyczonych książek na plaże, szczególnie książek z biblioteki, gdyż osobiście nie znoszę jak w okładce książki (a teraz okładki są foliowe) siedzi piach. Okładka wygląda okropnie a książka wydaje się być brudna. Nie lubię tego więc sama staram się nie przyczyniać do powstawania takich sytuacji.

Książka nad morze musi być wesoła. No jak na słonecznej plaży czytać smutne teksty. Nie leży mi to w kontekście.

Książka na plażę musi się łatwo czytać, trochę wciągać i na pewno trzeba lubić jej autora.

No a jaką książkę wybrałam ja na pobyt na krynickiej plaży..... Książkę autorstwa Joanny Chmielewskiej. Kobiety, która jednoznacznie kojarzy mi się z morzem, która umie zbierać bursztyny, która wie kiedy je zbierać, która lubi hazard, której książki od lat wiążą mi się z wakacjami i która sprawia że śmieje się od ucha do ucha zawsze gdy jem sama w swojej kanciapie w pracy drugie śniadanie (a dlaczego, a dlatego że w książce „Wszyscy jesteśmy podejrzani” jedna z postaci powiedziała że traktuje jedzenie jako sprawę bardzo prywatną i dlatego je chyłkiem, a druga postać usłyszała że tamten je tyłkiem i mało nie spadła z fotela. Proszę sobie to wyobrazić i wszystko będzie zrozumiałe).

Tym razem w podróż ze mną pojechała książka „Zwyczajne życie”.
Pisana dawno, w PRL’owskim klimacie, z dzielną milicją i akcjami społecznymi, z badylarzami i szmuglerką oraz oczywiście zwariowanymi przyjaciółkami w wieku przedmaturalnym, które niechcący wpadają na ślad wielkiego przekrętu i pomagają milicji złapać przestępców. Ciekawa, śmieszna i już trochę nostalgiczna. Polecam

A tak na koniec po czym poznać plażowego „czytacza”? Po tym że twarz ma bladą, bez objaw kontaktu ze słońcem a plecy spalone na czerwono, skóra schodzi 3 warstwą. Na szczęście mój małżonek co jakiś czas zarządzał obracanie rożna na kocyku, więc skórę zachowałam.

niedziela, 4 października 2009

Kot

Przedstawiam Państwu kota.



Kot powstał z resztek włóczki. Pomysł zasięgnięty od przemiłej Bloggerki - SANKI .
Z włóczki tej kiedyś moja babcia robiła sweter. I strasznie jej tej włóczki zazdrościłam bo była taka trójkolorowa. Teraz kiedy po latach, znalazłam mały motek wśród rzeczy po babci strasznie mi się zatęskniło za tym czasem kiedy razem sobie dziergałyśmy na drutach. Wydawało mi się, że motka jest za mało żeby udało się z niego zrobić coś konkretnego, a tu proszę, dzięki pomysłom Pani Senki coś jeszcze z niego powstało.

Oto zdjęcia z "kociego pleneru"

- tak sobie wyglądam przez okno


- na piecu z resztą kociej bandy

- tak sobie śpimy

- z misiami czyli Alą i Ksawerym, odpoczywamy:)

czwartek, 24 września 2009

Anegdota ślubno - weselna

Chyba każda młoda para przed ślubem słyszy w pewnym momencie w Kościele prośbę od księdza by fotograf i/lub kamerzysta nie szaleli za bardzo przy ołtarzu. Nam te uwagę przekazał ksiądz Norbert – kto zna tego księdza to sobie może wyobrazić jak to wglądało – delikatnie to nazwę warknięciem, ale podobno jak on odprawiał ostatnio jakiś ślub to kamerzysta przewrócił kwiaty na ołtarzu, wiec może miał prawo do traumy.

Zatem pomna uwag dzwonie do naszego super fotografa – i proszę żeby nie szalał za bardzo na mszy, żeby się starał tak dyskretnie pstrykać zdjęcia. Pan mi odpowiada, że mam się nie martwić, że on wie co i jak i że w tym zawodzie bywają tacy oszołomi co potem psują wszystkim opinie, ale on będzie niewidoczny.

Trochę się uspokoiłam i prawie o sprawie zapomniałam aż do soboty kiedy zobaczyłam naszego fotografa. Myśmy się z nim umawiali jakiś rok temu, trochę go z wyglądu pamiętałam ale nie za szczegółowo, a tu w drzwiach mego pokoju staje facet o wzroście 2,10 m....... i jak on ma być niewidoczny???
Chyba nawet mam takie zdjęcie z miną głęboko zdziwioną.

Ale rzeczywiście, nawet człowiek nie zauważył kiedy był fotografowany, bo pan był bardzo dyskretny, a znów zawsze był tam gdzie trzeba i gdzie działo się coś fajnego przez co zdjęcia są super magiczne.


Kto zainteresowany - na fotce sa na Pana Fotografa namiary:)

Powracamy pełne radości i uśmiechu.

Nasz bloogik milczał trochę, bo był to dla nas okres bardzo gorący nie tylko ze względu na temperaturę.
Otóż jedna z nas odbywała piękną i nie jedną wędrówkę duszy o których na pewno sama napisze, a druga, czyli ja - wędrowała za swym lubym by wyjść za mąż i nie zaraz wrócić.

Ślub – super sprawa. Ja bawiłam się świetnie. A patrząc na mojego w sumie nie tańczącego zwykle męża jak wywijał na parkiecie to on też się dobrze bawił. Atmosfera super, goście wspaniali i weseli, orkiestra – godna polecenia, będę teraz ich tajną reklamą bo wzięłam od nich wizytówki i rozdaje. Podobnie jak polecam sale. (zainteresowanym podam bliższe dane i szczegóły co by tu teraz nie zanudzać)

A my jako młoda para – no wiadomo – przeżyliśmy gorący okres przedślubny, przeżyliśmy nerwy i stres, wstawanie rano do kościoła by porządkować kwiaty, złapać organistę (a go wtedy nie było), próby makijażu i fryzury (to akurat ja) i wszystkie inne ważne sprawy które 5 września miały być załatwione i 1000 innych ważnych o których zapomnieliśmy a wszystkie one w pewnym momencie znikły.
Przyznam się wam że już w kulminacyjnej chwili jakiś dziwny spokój mnie opanował, wiedziałam że wszystko jest tak jak trzeba, mąż kochany i sercem wybrany, wspierająca mnie rodzina i przyjaciele, cóż innego chcieć i jak sobie to uświadomiłam nie było już stresu i nerwów.
A potem zabawa do białego rana. I prezenty i życzenia. Super sprawa taka zabawa. Zespół muzyczny dwuosobowy dał czadu za nie jedną orkiestrę wojskową, goście tańczący i na parkiecie szalejący, i co tam kogo przejmują odciski na palcach, albo buty, albo szal zaginiony w akcji trzeba szaleć, tańczyć, wywijać.
No mnie w pewnym momencie zaniepokoiła lekko dziura w mej misternej koronce na sukni, zwłaszcza że dziura wydłużyła trochę rant sukni przez co sama sobie ją deptałam. Dziura powstała gdy narzeczona brata tańczyła z nim jakąś skomplikowaną figurę i obcasem natrafiła na mnie, zaplątała się w mą suknie, brat w tym momencie nie zauważywszy wykonał obrót przez co obwiązaliśmy się wszyscy troje moją koronką i jak trzygłowa mumia lecieliśmy na podłogę, na szczęście pomocna dłoń Agi i wszechobecnego fotografa uratowali nas od kontaktu z podłożem.
Agi dłoń też potem zafastrygowała dziurę i uratowała moją piękną suknie. Szanowni czytelnicy teraz wszem i wobec mówię głośno – Aga to najlepsza przyjaciółka jaką może mieć panna młoda. Wielkie wielkie dzięki Agnieszko za wszystko.

Po weselu poprawiny... które trwały chyba trzy dni, bliźniaki Stapp mogłyby coś o tym napisać – tylko jeszcze chyba nie umieją, no nic, liczę że kiedyś wydadzą wspominania z okresu dzieciństwa.

Potem jeden dzień przerwy – z oczekiwaniem na przyjazd lodówki. (jest wielka i wszystko się w niej na razie mieści), w czwartek mamy urodziny – szampan, tort i prezenty. A w piątek – wyjazd do Krynicy.... ale to już zupełnie inna historia o której później opowiem :)

piątek, 31 lipca 2009

Dyskusje internetowe

Czytałam wczoraj na „wp” o ekranizacji książki „Dom nad rozlewiskiem” Małgorzaty Kalicińskiej. Cała prezentacja dotyczyła obsady filmu, a przede wszystkim postaci głównej bohaterki, która to ma grać Joanna Brodzik. Książki nie czytałam, więc w sumie nie wiem czy ta aktorka jest dobrze obsadzona czy nie. Uderzył mnie jednak sposób dyskusji o tej książce. Ci którzy czytali i mają inne wyobrażenie o głównej bohaterce nie pozostawili suchej nitki na pani Brodzik, wyzwali ja od pasztetów, kaszalotów itd... A w sumie co ta Brodzik winna że dostała propozycje zagrania w tym filmie, taką wizje ma reżyser i już. To chyba lepiej już na nim skupić agresje niż na niej.

Ale to był jeden wątek dyskusji, drugi dotyczył samej książki. Jak to zawsze bywa – wszystkim się nie dogodzi - jednym się książka podoba, innym nie – wolna wola, każdy ma prawo mieć swoje zdanie. Tylko, że ci co im się książka nie podoba zamiast pisać np. „kiepska bo...” , „głupia bo...” „nie podoba mi się bo...” wyrażając opinie o książce obrażają ludzi którym się ta powieść podobała. Ktoś napisał „fanki tego chłamu” inny „intelektualne dno”, „tuczycie się chłamem o doktorze lubiczu i rozlewiskach, bo to takie życiowe, i kogo wy oszukujecie?”, „kochaniutkie kurki domowe”, „armia urzędasów niższego szczebla”, „personel pomocniczy”... Po co to? Dlaczego podstawą krytyki jest teraz wzajemne obrażanie się. Tak wszyscy udajemy, że byle czego nie czytamy, byle czego nie oglądamy a zachowujemy się jak Doda, Wojewódzki i inni jurorzy z programów rozrywkowych. Bo gdzieś się tej wydumanej złośliwości musieliśmy nauczyć. Nie wierze żeby cały naród takie szaleństwo opętało.


A na końcu powiem jeszcze - przepraszam! a urzędnicy, sprzątaczki, czy gospodynie domowe to nie ludzie? Obywatele gorszej kategorii? Dlaczego tych zawodów używa się w kontekście negatywnym? Zawód jak każdy inny, czy profesor czy cieć – jak ten profesor wejdzie do swojego świata nauki jak mu cieć bramy nie otworzy, albo intelektualista do książek dotrze jak sprzątaczka ton kurzu z półek nie pościera. Chyba często się zapominamy, że żeby społeczeństwo mogło sprawnie funkcjonować każdy jego element musi współdziałać.

poniedziałek, 13 lipca 2009

Lipcowe prace

Coś ostatnio na naszym bloogu nie za dużo się dzieję. Ale wynika to nie z tego, że my nic nie robimy... tylko właśnie z tego, że ostatnio robimy troszkę więcej.


Agę pochłonął doktorat, a mnie remont i przygotowania do ślubu. Trudno w tym wszystkim znaleźć choć chwilę żeby przy czymś podłubać. Choć musze się przyznać, że ja ostatnio pasjonuję się malarstwem wielkoformatowym – czyli maluję okna, ściany i drzwi. Ponadto uprawiam wyrzutnictwo swobodne – przez 5 minut zastanawiam się czy dana rzecz nadaje się jeszcze do użytku czy pora pozwolić jej już odpocząć, a potem znów ją chowam do szafki.


Z wieści kulturalnych. Obecnie poczytuję książkę Manuli Kalickiej „Rembrandt, wojna i dziewczyna z kabaretu”. Akcja ksiązki rozgrywa się na początku II Wojny Światowej, trochę w Warszawie, trochę w Krakowie. Młoda dziewczyna, Irenka, nagle staje się powiernicą obrazu Rembrandta, a przy okazji na swojej drodze spotyka małego żydowskiego chłopca, najprawdopodobniej sierotę. Trochę przerażona, w sumie naprzeciw swojemu zdrowemu rozsądkowi ale zgodnie z sumieniem, otacza opieką dzieciaka. Sama nie wie co się dzieje i jak dalej żyć, ale wie też, że ten malec bez niej nie ma szans. Wiec kombinuje jak tu przeżyć i nie dać się z łapać albo z drogocennym obrazem, albo z dzieckiem niszczonej wiary.

Drugi wątek tej opowieści to historia ratowania bezcennych książek zgromadzonych w niepozornym antykwariacie w Krakowie. W antykwariacie gdzie zwykły kupujący był natrętem przerywającym chwile kontemplacji książek przez starego antykwariusza –Żyda, a wstęp do tego świata mieli tylko wybrani, podobni jemu miłośnicy słowa pisanego.

Obecnie jestem na wstępie książki, jak dalej historia się potoczy pokażą kolejne postoje na przystankach, lub w kolejkach.



A na zakończenie jeszcze zdjęcie z wyjazdu do Niemiec. Zrobione jako dowód tego że pomysłowości ludzka nie zna granic ...


...ciekawe tylko czy ktoś obmyślił mechanizm czyszczenia tych półeczek.. bo jak nie, to kiedyś jakiś przechodzień może mieć "duży problem" na głowie.

czwartek, 11 czerwca 2009

Zdarzyło się 20 lat temu...

Ta historia warta jest opowiedzenia!

Mnie samą to wszystko tak zaskoczyło i ze wszech miar zdziwiło, że zaczęłam podejrzewać moją familię o strojenie sobie ze mnie żartów. A wszystko za sprawą Bożego Ciała przed 20 laty...

To może zacznę od końca;) Otóż wczoraj trafiły w moje ręce dwa zdjęcia pokaźnych rozmiarów mnie samej w stroju białym, jak na dziewczynkę sypiącą kwiaty przystało. Zdjęcia pochodzą z procesji Bożego Ciała z 1989 roku!!! Do tego dołączona była krótka wiadomość (niestety nie oryginalna, a jedynie przetłumaczone słowa autora zdjęć) tej treści:

Byłem tutaj w 1989 roku i zrobiłem zdjęcie tej dziewczynce. Byłbym wdzięczny za doręczenie jej tej fotografii. Proszę przekazać, że to prezent od przyjaciela z Nowego Orleanu, USA.

I to nie koniec rewelacji! Co więcej, ponoć autor tych zdjęć jest profesjonalnym fotografem (to akurat bez trudu widać po jakości zdjęć!) i te właśnie zdjęcia ukazały się przed 20 laty w gazecie w Nowym Orleanie!

Przyznacie sami chyba, że historia jest wręcz nieprawdopodobna! Nie mogłam w to wszystko uwierzyć! Ale przecież mam tu obok siebie te piękne zdjęcia! Jestem zaskoczona, zdziwiona i przede wszystkim niezwykle wzruszona! I bardzo chciałabym jakoś skontaktować się z moim przyjacielem z Nowego Orleanu, ale nie zostawił niestety żadnych namiarów na siebie... Nawet nie wiem jak się nazywa... Trzeba będzie rozpocząć poszukiwania! A w międzyczasie oprawić zdjęcia i podpisać - na wieczną rzeczy pamiątkę!:)

wtorek, 9 czerwca 2009

Z potłuczonego rozumu

"Mucha"

O mucho okropna
co lecisz od okna
czemu swym brzęczeniem
zaburzasz me istnienie

Czy nie lepiej by ci się żyło
gdyby cię w mym pokoju nie było?
bo przecież się zaraz na ciebie rzucę
i życie twoje ukrócę

Czy to ręcznikiem czy ścierką
stratę poniesiesz wielką
gdy po pokoju ganiana
połamiesz o szyby kolana

O skrzydłach rozbitych nie wspomnę
bo w kontekście packi o nich zapomnę
A jeśli się bardziej zdenerwuje
to cię dodatkowo kotem poszczuje

Wiec lepiej do drzwi już zmierzaj
już dłużej nad kubkiem się nie zwierzaj
tylko zabierz swój brzuch wielki
i leć szukać gdzie indziej wyżerki

środa, 3 czerwca 2009

Bajka dla potłuczonego rozumu

Był raz sobie Australijczyk, który zrobił sobie nowy bumerang


I zwariował.........


bo nie mógł wyrzucić starego.

:)

Obecnie cierpie z powodu braku internetu w pracy, a w momencie gdy pracuje się trochę na odludziu powoduje to odczuwanie braków w kontaktach ze znajomymi. Skutkuje to czasem przejściem na inny poziom abstrakcji dowcipowej.

środa, 20 maja 2009

Z nadwiślańskiej krainy

Paranoiczną zagłostkę oddawania ubrań dla biednych rozwiązaliśmy z Patrykiem w sobotę. Zawieźliśmy pudełka z rzeczami po babci do Monaru. Okazuje się, że tam po prostu oddaje się wszystko na stróżówkę, skąd potem rzeczy jadą do magazynów. Pan który nam otworzył bramę był bardzo miły i chętnie sam pomagał w wypakowywaniu rzeczy z samochodu. Troche się martwiłam tym, że kurtki też wieźliśmy, myślałam że może nie będą ich teraz chcieli bo to nie sezon i będzie im w magazynach zalegało ale pan popatrzył na mnie i mówi "przecież zima w tym roku też będzie". Bardzo za wszystko podziękował. Widać było że życie nie raz go przygniotło, ale teraz dał mu ktoś szansę, dał zajęcie i cel, i małymi kroczkami jakoś to życie na nowo próbuje układać.

A dziś zrobiłam małą kontrolę w „dzieciowie”. Dzieci całe i zdrowe, rodzice sobie radzą, wszyscy czekają na powrót Gagi.

Aga jak przyuważysz gdzieś Chuck'a to go dawaj do Polski bo muszę coś załatwić przez Błękitną linię TP – a tylko on umie na nią się dodzwonić za pierwszym razem.

poniedziałek, 11 maja 2009

Paranoja

Robię teraz porządki w domku po mojej babci. Ubranie, które tam były chciałam oddać biednym. Myślę sobie ładne rzeczy, jeszcze się komuś przydadzą.
Nie chciałam ich jednak wrzucać do tych żółtych pojemników bo rzeczy stamtąd wcale już dla biednych nie idą. Stwierdziłam, że zadzwonię do nas do Gminy do Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej i tam mi powiedzą co z tym zrobić.

Pierwszy raz jak dzwoniłam to jakaś babka nie wiedziała co mi odpowiedzieć, powiedziała że spyta kierowniczki. Miałam zadzwonić po 14.

Zadzwoniłam, już zupełnie inna baba, mówi mi, że ona nic nie wie, że miała jaką informacje przekazać, ale że na pewno oni ubrań ani niczego nie wezmą bo nie mają gdzie trzymać. Kiedyś był magazyn, ale go woda zalała i teraz nie ma - to sobie myślę trzeba znaleźć nowy magazyn, ale nic siedzę cicho i brnę w to dalej.

Pytam babki- to gdzie w Warszawie można takie rzeczy oddać? - ona nie wie, może do Caritasu można zadzwonić, ale ona nie wie. No kurcze tak odpowiada babka z urzędu! co ma ludziom pomagać!

Dzwonie do Caritasu, oczywiście nie tam powinnam zadzwonić bo powinnam do PCK, o czym się w Caritasie dowiedziałam! To oni wiedzą a nasze społeczniczki nie!

Dzwonie do PCK - Pani bardzo miła mówi, że oczywiście można przywieźć, na Żoliborzu są nawet dwa punkty, dostałam adresy i telefony, tylko, że czynne 10-14 i lepiej wcześniej zadzwonić. No to ja się teraz muszę z pracy zwalniać żeby rzeczy dla biednych coś dać! No ale lepsze to niż nic.

Myślę sobie jednak - nie popuszczę tej z GOPSu - dzwonie, oczywiście ta sama odebrała, i dobrze (widocznie herbatkę przy biurku piła), przedstawiłam się i mówię jej - weźmie se pani karteczkę i pisze adresy, a ta do mnie „a po co?” - po to że jak drugi raz do pani taki głupek jak ja zadzwoni i będzie chciał rzeczy dla biednych oddać to żeby pani mu umiała odpowiedzieć gdzie może to zawieść, a nie mówić nie wiem. Podyktowałam, miłego dnia życzyłam i się rozłączyłam - choć miałam jeszcze ochotę powiedzieć że może teraz spokojnie wrócić do picia kawy czy czego tam, ale już sobie darowałam.

Być może generalizuję, i na podstawie jednej sprawy wyciągam wnioski ogólne, ale dziś, na tą chwilę nie wierzę w szczerość i sumienność urzędniczek z GOPSu.

niedziela, 10 maja 2009

Lato w tv?

Zauważyliście, że w telewizji zaczęto puszczać wakacyjne filmy.

Słońce mocniej zaświeciło, zrobiło się cieplej, bardziej letnio, dziś były pierwsze grzmoty, wszyscy czują już nie tyle wiosnę, ale wręcz i lato.
Krótkie rękawki, krótkie spodenki, stopy w sandałkach i okulary słoneczne na nosie.

Tak już dość wszyscy mieliśmy zimy, że z euforią rzucamy się na promienie słoneczne. I ci co układając ramówki programowe to chyba zauważyli, a może i sami odczuli bo znów w telewizji pojawiła się seria filmów z Garbim, filmy z serii Disney’a, włoskie filmy z przygodami Bad’a Spencera, no super. Mnie te filmy kojarzą się z wakacjami.
Czekam zatem jeszcze tylko na jakiś spagertti western i lato będzie w pełni.

A prywatnie się jeszcze pochwalę, że podjełam kolejną próbę upieczenia ciasta drożdżowego i chyba tym razem się udało!
Oczywiście nie obyło się bez ucieczki ciasta z formy, ale tata (znawca) jednak pochwalił, wieć jestem na dobrej drodzę.

Wkrótce podejmę kolejną próbę!

piątek, 8 maja 2009

Żaby na wiosnę!

Dziś wieczorem usiadłam na schodach pod domem. Było tak cicho i przyjemnie.
Bez już kwitnie na biało i fioletowo. Konwalie zaczęły pachnieć. A dopełnieniem calej scenerii wiosny był rechot żab. Już je słychać!

W nocy na spacerze z psem będzie pewnie jeszcze lepiej słychać bo gwar ulicy ucichnie. Super.
Uwielbiam ten czas.

środa, 29 kwietnia 2009

Finał

A oto obiecany finał:



A przy okazji sfotografowałam nowy obrazek Anety.

Siostra teraz robi pokój w wystroju morskim, jak widać – pamiątki z wakacji się w tym przydają.

wtorek, 28 kwietnia 2009

Nowość na wiosnę

Dawno nic nowego na naszym blogu się nie pojawiło. Słoneczko wreszcie świeci całodniowo i kto tylko może wylega z czym może na podwórko by przegonić pozimowe ospanie. U mnie już rowery sprawdzone i pierwszy próbny wyjazd był. Tata zniósł ławkę pod moje okno więc książki też już można na dworze czytać. Ciepło. Nareszcie.

Jednakowoż myśl robotna nie została całkowicie porzucona. Od niedzieli próbuje rozpracować nową dla mnie technikę (innym pewnie znaną) decoupagu. Zakupiłam cały zestaw startowy dla początkujących i się uczę. Oto pierwszy mój twór – doniczka.

Teraz będzie mi służyć jako przybornik (trochę duży, długopisów nie widać)

Może i nie jest zbyt okazały, bo kolory z serwetek zlewają się trochę z kolorem doniczki ale nie miałam innych. Teraz zacznę szukać nowych serwetek z ciekawymi obrazkami oraz wzorkami i mam nadzieje ze dalsze próby będą lepsze.

Jeszcze się pochwalę ozdobieniem szklanej buteleczki dla Anety. Właśnie stoi na werandzie i się suszy. Potem zrobię zdjęcie finałowe bo Anetka jeszcze ma coś do niej wrzucić do środka. Ciekawe.

A ja już szukam kolejnej powierzchni, którą mogę przystroić decoupagem – mama drży o szklanki.

czwartek, 9 kwietnia 2009

Pogodynek

Moi rodzice codziennie rano przy śniadaniu oglądają TVPInfo (nawiasem mówiąc wolałam jak ta stacja nazywała się TVP3 i nie była taka informatyczna). Ponieważ śniadanie jemy wspólnie więc razem oglądamy wiadomości, przeglądy prasy i nieodłącznie związaną z serwisami informatycznymi pogodę.

I tu znajduje się istota moich rozważań a w zasadzie osoba. Otóż w TVPInfo mają bardzo interesujące osoby od pogody. Informacje przedstawiają spokojnie i fachowo, nie epatują dziwnym nazewnictwem ani nie podnoszą oglądalności poprzez skakanie, przebieranie się, filozofowanie, a słucha się ich bardzo miło. Mnie jednak najbardziej pasjonują w tym wszystkim ich imiona i nazwiska. Jest tam bowiem Pani Marzena Kania, lub Pan Dolega (nie pamiętam w tej chwili imienia), ale prawdziwy rarytas to Pan Ziemowit Pędziwiatr.

Zawsze jak go słyszę lub widzę na „pogodowym balkonie” albo przy mapie pogody to uważam, że to właściwy człowiek na właściwym miejscu. Bo co innego mógłby robić człowiek o takim imieniu i nazwisku. I tu się zastanawiam tylko nad jednym – czy rodzice tego pana zrobili to specjalnie. Czy przez nadanie mu takiego imienia zdeterminowali jego wybór zawodowy? Zastanawiające...

środa, 8 kwietnia 2009

Atak z wolnej głowy

Dziś rano w „Kawie czy herbacie” usłyszałam że Internet chyba został wymyślony dla wędkarzy, którzy nareszcie z całym światem mogą się dzielić swoją pasją... Ale to samo można przecież powiedzieć o wszystkich pasjonatach, hobbi(s)tach???? (chyba przesadziłam) i każdym kto w Internecie czegoś szuka.

Ja na przykład w ostatnim czasie buszuje po stronach z przepisami kulinarnymi – nawiasem mówiąc łatwiej znaleźć w Internecie przepis na ciasto niż przepis z Dziennika Ustaw, czego doświadczyłam dziś szukając jednego głupiego załącznika do ustawy. Ludzie robiący strony „gov”-owe powinni chyba czasem poczytać inne strony by docenić co daje prosty i przejrzysty zapis.

Znalazłam kilka fajnych przepisów na świąteczne ciasta – i jeśli tylko kurki nie zastrajkują będę w Święta je wypróbowywać.

Ponadto na łamach naszego bloga pragnę się pochwalić, że udało mi się udekorować jedną wydmuszkę frywolitką. Fotka będzie w późniejszym terminie bo chwilowo nie ma aparatu – powędrował do Patryka.

Ściskam przedświątecznie

P.S. Sama nie wiem o co chodzi z tytułem mojego posta. Zauważyłam tylko, że można napisać "atak z wolnej głowy" oraz "a tak z wolnej głowy" - ile to radosci może dać człowiekowu spacja :)

sobota, 28 marca 2009

Serwetkowy finał

W piątek, czyli wczoraj zrobiłam sobie dzień wolny. Pospałam dłużej, w spokoju zjadłam śniadanie, wypiłam napar z mniszka lekarskiego – dostałam od mamy mojej uczennicy żeby leczyć gardło i kaszel – i bez pośpiechu tak przeżyłam cały dzień.
W miedzy czasie poczytałam trochę książki – Merde, Rok w Paryżu – śmieszna, o tym jak Anglik próbuje żyć we Francji i mu to tak idzie jak krew z nosa. Mówiłam już o tej książce kiedyś, porzuciłam ją na rzecz lektury „Sprężyny”. Teraz wracam. Trochę mnie denerwuje ten czysto męski punkt widzenia, ale niektóre sytuacje są naprawdę komiczne, choć bohater książki łatwiej by się do wszystkiego przyzwyczajał gdyby wykazał choć odrobinę elastyczności, a nie ciągle podkreślał jak duże są różnice w mentalności Anglików i Francuzów. Czasem sam chyba ich na siłę szuka, a w zasadzie szuka ich autor bo sam jest Anglikiem mieszkającym w Paryżu. Ale książka miała być pewnie trochę przejaskrawiona by uzyskać większy komizm, literatura rządzi się swoimi prawami, i zachowania bohatera nie muszą być praktyczne. Zobaczymy czym się kończy. W sumie czyta się fajnie.


Ale zboczyłam z tematu bo miałam się pochwalić że – skończyłam serwetkę. Duże dla mnie wyzwanie bo i była trochę większa niż te co zwykle robię, i w stylu który u mnie zawsze stwarzał trudności – to znaczy dużo dziur, dużo oczek z łańcuszka, a wtedy łatwo się pomylić, albo zrobić falbanki. Ja wolę bardziej pełne serwetki, łatwiej je opanować, a przy tej ciągle się bałam że zrobię nie równe łańcuszki. Ale dzięki tej robótce odkryłam nową prawidłowość– jak się robi łańcuszkiem to robi się szybciej. Szczególnie widoczne to było przy ostatnich okrążeniach, które mimo że wieksze robiłam szybciej niż te gdzie więcej było we wzorze słupków.


Finał mojej pracy wygląda tak:

A to owieczka od Marysi Misiak w perspektywie marszu po serwetce

czwartek, 26 marca 2009

O rany

Ostatnie nasze wpisy miał miejsce 13 marca i potem cisza. Można by pomyśleć, że coś nam się stało, że na przykład doświadczenia kuchenno-kulinarne nie do końca się udały.

Pragnę donieść, że wszystko jest ok. Wszystkie paluszki i rączki są na miejscu, żadnych przypalonych brwi ani grzywek – jak na razie.

Obecnie jestem po obejrzeniu drugiej płyty z przepisami, poza tym z pracy od koleżanek dostałam przepis na krupniok – wiec szansa na kolejne szaleństwa w kuchni jest, tylko nie wiem czy inni eksploatatorzy (głupi wyraz, nigdy nie wiem jak się go piszę a muszę go w pracy często używać) kuchni będą nadal tak spokojni kiedy zacznę spirytus na wolnym ogniu podgrzewać.

Natomiast koleżanka Agnieszka się rozśpiewała i w tamten weekend była na Wiośnie God’spell w Lublinie...ale to już dziedzina i mam nadzieje, że rozwijając go na blogu swojego chóru napisze też coś o tym tutaj.

A z serwetki, którą robię i robię i robię.... zostały mi jeszcze 3 okrążenia. Może mi się uda ją jeszcze w tym miesiącu skończyć.

No dobra – koniec przyjemności czas jeszcze trochę popracować.

piątek, 13 marca 2009

Doniesienia z obiadu

Krótko powiem że zrobiłam zapowiadane tosty z mozarella. Fajnie wyszły. Bałagan w całej kuchni, poklejone talerze mąką i mlekiem ale smakowało. I jakie wzbudziło emocje.

Oczywiście wystąpiła pewna różnica produktowa – po pierwsze wczoraj szybko robiąc zakupy nie znalazłam w sklepie mozarelli wiec wzięłam zotelle – ale okazało się, że ona też się rozpuszcza pod wpływem temperatury więc wyszło ok. Gorzej, że chleb się nie chciał skleić – tzn. Nigella w swoim przepisie użyła takiego dużego „plastikowego” chleba z torebki, takiego do tostów – ale te ich chleb jest chyba bardziej bułkowaty i łatwiej skleić dwie kromki brzegami ze sobą– nasz do tostów jest suchszy i twardszy – więc sklejanie nie wychodzi zbyt dobrze – ale! Odkryłam że można go skleić za pomocą sera który jest w środku. Po przyłożeniu siły na całą powierzchnie kanapki okazuje się, że 2 kromki sklejają się pośrodku tam gdzie jest mozarella (tudzież zotella) a brzegi są wolne. W sumie w smażeniu to aż tak bardzo nie przeszkadza:)

Było smacznie i wesoło – i o to chodziło. A posiłek sycący dobry na dzień postny:)

wtorek, 10 marca 2009

W kuchni będzie Nigella!!!

Nareszcie, wczoraj przyszła
Kupiona w zeszłym tygodniu przez Internet.
Wyczekiwana z utęsknieniem
Skrycie naśladowana i podglądana
Nigella Lawson w postaci 3 płyt dvd przybyła ze swoim programem kulinarnym „Nigella Gryzie” do mnie i kuchni moich rodziców.




Program „Nigella Gryzie” leciał na TVN chyba dwa lata temu w wakacje. Obejrzałam kilka odcinków, spodobały mi się bo potrawy pokazywane w programie wydawały mi się łatwe do zrobienia. Nawet wykonałam zapiekankę z ziemniaków inspirując się jednym z przepisów i wszyscy biesiadnicy przeżyli. TVN puszczało jeszcze potem „Nigella Ucztuje” a następnie serie przeniosło do TVN Style jako do stacji bardziej kobiecej.


No i tu się pojawia problem bo ta stacja jest ogólnie dostępna na platformie cyfrowej a do takowej swobodny dostęp jest mniej swobodny gdyż – dekoder znajduje się u nas w dużym pokoju, gdzie w czasie wolnym od pracy (czyli wtedy kiedy i ja ma wolne) odpoczywają inni domownicy z których większość nad programy kulinarne przedkłada czasami inne programy typu sport, film, wiadomości.
W ogóle ja uwielbiam oglądać tak zwane „gotowanie na ekranie”. Na Cyfrze jest cały program zwany Kuchnia.TV gdzie programy kulinarne są nadawane non-stop. Mogłabym go oglądać godzinami, szczególnie program „Na słodko” – no cudowny, mój ulubiony, prowadząca Pani Anna Olesn przez 20 minut pokazuje jak zrobić różne łakocie, ciasta i smakołyki, no coś wspaniałego, wypróbowałam już kilka pomysłów i wyszło. Ale niestety, trzeba czasem innych dopuścić do głosu i przełączyć. Dlatego zdecydowałam się kupić płytkę. Włączę ją sobie w chwili dowolnej, pooglądam, zrobię notatki i może coś ugotuje. I tu pojawia się dodatkowy plus – nie trzeba szybko pisać na kolanie, tylko zatrzymać, zanotować i puścić dalej.
Już mam pomysł na piątek na zapiekane kanapki z mozarellą. Ciekawe co wyjdzie. Fajne jest że te przepisy zwykle są dość proste. Pani Nigella wyznaje dewizę żeby jeść dobre rzeczy ale nie koniecznie się bardzo męczyć przy ich przyrządzaniu. Problem może się pojawić przy niektórych produktach – ale od czego są głowy w kuchni, trzeba metodą prób i błędów opracować polską wersje.


Kiedyś w Wysokich Obcasach czytałam o Nigelli. Ze jej program zrobił furorę w Wielkiej Brytanii bo odchodził od konwenansu sztywnego pouczania jak co się robi a pokazywał bardziej zabawe kuchnią, odkrywanie smaków, tajemnic kuchni, starych pomysłów, swobody do przepisów czyli wszystko na oko, i nie przejmowania się tym, że się chlapie, że się sypie, że mąka się w powietrzu unosi, grunt to żeby nie przypalić. Niektórym to się podoba innym nie – gusta są podzielone. Mi bardzo:)


Wydaje mi się też że ten program podglądała kiedyś Ewa Wachowicz, i podobną formułę szczęśliwej gospodyni próbuje teraz zastosować w swoim programie „Ewa gotuje” tyle że jej to wcale nie wychodzi, bo robi z siebie super wszystko wiedzącą sztuczną kucharkę. Za dużo pozowania i wymądrzania się, no i te jej zdrobnienia wprost działają na nerwy jak płachta na byka.

A na końcu powiem już tylko że jeśli „Na słodko” też ktoś kiedyś wyda na płycie też sobie kupie. I będę piec słodkości i wszystkich tuczyła - hahaha

niedziela, 8 marca 2009

Z Dnia Kobiet

Aga może i pisze rzadziej, ale za to jak już coś napisze to „czapki z głów”. Bardzo się cieszę że przy tym całym zabieganiu i wielu obowiązkach udało się Ci znajduje czas na chwilę dla siebie i poczytanie czegoś innego niż matematyczne publikacje.

A ja tak skromnie z okazji Dnia Kobiet wrzucam na blogga zdjęcie Igora (hm... czyżbym zarymowała choć wcale nie zamierzałam), z jego sobotniej sjesty przedpołudniowej.



I jedną fotkę tajemną – już chyba widać po kim w rodzinie mamy zamiłowanie do dziergania. Mama przy niekoniecznie ulubionym narzędziu pracy.


czwartek, 5 marca 2009

Piękne słowo zawsze w cenie!

Dawno nic tu nie pisałam, ojjjjj dawno... Wstyd mi okrutnie. Ale Wielki Post, to chyba dobry okres, co by się poprawić;) Poprawiam się więc co prędzej, bo akurat cosik ciekawego wpadło mi w ręce.

Ale po kolei. Od wielu lat mam taki zwyczaj, że czytane książki okładam w przechodnie okładki. W szufladzie przechowuję kilka takich okładek i jak zaczynam nową książkę, to sięgam do szuflady i wybieram najlepiej pasującą :) Dlaczego taki dziwaczny zwyczaj? Po pierwsze stąd, że od dziecka wpajano mi szacunek do słowa pisanego, z co ogromnie wdzięczna jestem mym rodzicom i innym ciotkom. Ale teraz to nie tylko dlatego... Otóż jakiś czas temu zorientowałam się, że taka okładka, która zawsze jest pod ręką podczas czytania, jest świetnym miejscem do zanotowania jakiegoś ciekawego cytatu, myśli, pomysłu na kolejną książkę etc. I od kilku lat moje przechodnie okładki nie tylko są mocno wyeksploatowane;) ale również w każdym dostępnym miejscu (a w ramach recyklingu okładki produkuję z czasopism, plakatów itp.) okraszone tekstem pisanym.

Ostatnio sięgnęłam znowu do Lema. Mimo prób wpojenia mi nienawiści do tego pisarza, przez zmuszanie mnie w szkole podstawowej do czytania 'Bajek robotów' i co gorsza oglądania jakiś paskudnych przedstawień w tym temacie, mimo tych traumatycznych wspomnieć, zetknęłam się ponownie ze słowem Lema i na szczęście miałam już na tyle dużo latek, żeby dostrzec w nim coś niezwykłego. Zainwestowałam nawet w cykl dzieł Lema, które teraz zamieszkują pod mym biurkiem, z racji braku miejsca na nowe pozycje nie tylko na regałach, ale i na wszelkich szafkach, szafeczkach, drugich rzędach regałów i jakimkolwiek innym skrawku miejsca;) Tak przy okazji - ktoś wie może jak zdobyć brakujący tom? Bo mi jednego brakuje.... :(

Ale do rzeczy! Sama siebie muszę doprowadzać do porządku;) Obecnie pomieszkuję w 'Szpitalu przemienienia' i jestem pod dużym wrażeniem, bo słowo - jak to u Lema - magiczne, malujące obraz opisywanej rzeczywistości, a rzeczywistość ta tym razem to nasz kraj nadwiślański a nie jakaś inna planeta;) I wczoraj właśnie na całkiem nowej przechodniej okładce pojawił się taki oto cytat:

Miażdżąc w pośpiechu zachowane w cienistych miejscach szybki zamarzniętych kałuż...

No prostu poezja! Tak mnie zachwycił ten fragment zdania, że postanowiłam nie tylko go zanotować, ale i się z Wami nim podzielić:)

Drugi cytat na dziś (czym zakończę ten już nieco przydługi wywód;)), z tego samego źródła, wydał mi się niezwykle adekwatny do czasu. Bo czyż Wielki Post to nie dobra okazja do mądrych postanowień?;) Także raz jeszcze Lem w 'Szpitalu przemienienia' z pozdrowieniem dla wszystkich czytających:

Działać, działać i działać. - Przypomniał sobie powiedzenie ojca: "człowiek, który nie ma celu w życiu, musi go sobie stworzyć." Dobra jest zresztą plejada celów, na bliższą i dalszą metę. I to nie jakieś nieokreślone "dzielnym być", "dobrym", ale "naprawić klozet". Z tego na pewno wyniknie większe zadowolenie.

poniedziałek, 2 marca 2009

Obrazek Anety

Moja młodsza siostra też lubi czasem posiedzieć i podziergać sobie trochę.
U niej praca nad robótką jest bardziej skoordynowana – zawsze powstaje specjalny warsztat pracy z odpowiednim oświetleniem, wcześniej jest rozdział nitek i podział kolorów, wszystko ma swój ład i porządek.
Ja dobrze, że nie oślepnę dziergając robótki gdy przy świetle kinkietu siedząc w fotelu prawie do góry nogami rozszyfrowywuje znaczki we wzorkach

A u mojej siostry dzięki dobrej organizacji w ekspresowym tempie powstał ten oto obrazek:


Aneta obrazek skończyła tydzień temu, ale ja dopiero teraz:
a -odnalazłam aparat by zrobić mu zdjęcie,
b- znalazłam kabelek by aparat połączyć z komputerem.
c - zebrałam myśli by wpis był sensowny....................... (a chociaż trochę jest?)
Za opóźnienia przepraszamy i się polecamy :)

Obrazek zostanie potem umieszczony w ramce i podarowany mamie. Z tego co się zorientowałam jest to początek jakiejś liczniejszej serii obrazków o wspólnym temacie. Ciekawe w którym pokoju będą wisiały.

niedziela, 1 marca 2009

Natura

Kto by pomyślał dziś, że tydzień temu na podwórku była lodowa kraina. Kto mi dziś uwierzy, że w zeszłą sobotę biegałam rano opatulona szalem i fotografowałam sople na dachu, a dziś – jak jedna z pozostałości po śniegowej krainie postanowiła opuścić nasz dach to myślałam, że o rynnie nad moim oknem możemy zapomnieć.

Nowa kartka w kalendarzu z marcem cieszy żonkilami, mama dziś godzinę na słonko buzie wystawiała.

Czyżby wiosna delikatnie do nas pukała by zagościć w naszych podwórkach. Oby tak:)

sobota, 21 lutego 2009

Poranek z aparatem

Dziś rano śnieg mnie zauroczył. W słońcu lśnił jak posypany srebrnym pyłem. Tak oto wygląda moje lodowe podwórko




Igor już chyba ma trochę dość tego śniegu - "no nigdzie łapy postawić nie można by nie napotkać białej podłogi, i jak tu spokojnie na myszy polować jak nijak nie można zlać się z otoczeniem" myśli sobie i z czystym sumieniem idzie spać do piwnicy


Dom sąsiadów ze śnieżnej perspektywy....



A to "cud" przyrodniczy ....


I na końcu ja - Królewna Śnieżka

wtorek, 10 lutego 2009

Plany na najbliższe wieczory

W kolejności od lewej - do przeczytania




bo zapomniałam dodać, że do grona "literackiego" dołaczyła nowo zakupiona ksiązka Joanny Chmielewskiej


A w tak zwanym międzyczasie:



............... Zuzia widzę już zaczęła:)


A kiedy w buzi (lub głowie) szeleścić się znudzi posiedzimy sobie w ciszy.......... przy dalszym ciągu robótki


piątek, 6 lutego 2009

Aga Aga!!!!!

Aga Aga mam coś dla Ciebie!!!

Nawet w rękodzieło wkraść się może matematyka - otóż odkryłam dziś taki oto sposób haftowania - Odsyłam na stronę:

http://www.makatka.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=338:haft-matematyczny&catid=111:haft-matematyczny&Itemid=33

Serdecznie pozdrawiamy Twórców:)

środa, 4 lutego 2009

Ja to umiem pokręcić proste sprawy

Asia moja kochana pożyczyła mi „Sprężynę” Małgorzaty Musierowicz i od soboty przeniosłam się duchowo na Jeżyce do Poznania. Super się czyta, strasznie fajnie jest znów być w tym Borejkowym świecie.

W odstawkę poszła książka o Angliku (z męskim punktem widzenia) co przeniósłszy się do pracy do Paryża i odkrywa, że ludzie z kontynentu szczególnie Francuzi są nienormalni. Nie będę przecież czytać wynurzeń kogoś kto narzeka na kraj gdzie jest wzorzec metra!!! A on w czym liczy?? Priorytetem jest Sprężyna.

Ale – już wcześniej planowałam zajrzeć w poniedziałek do mojej kochanej biblioteki w Izabelinie. Nie powiem udało mi się dzielnie oprzeć pokusie wypożyczenia sobie książek – brałam tylko dla mamy i siostry, bo przecież mam w domku co czytać. Z tym że jako była pracownica tejże placówki mam czasem wstęp na zaplecze.....i to był błąd! Oj błąd. Na zapleczu stoją bowiem książki przygotowywane do wprowadzenia, nowiuśkie, świeżo kupione, nie czytane... mam do nich słabość. Jak jeszcze przed regałami książek już obłożonych potrafię nad sobą panować to nowe wywołują u mnie małpi rozum – efektem czego zaklepałam sobie chyba ze 4 jako pierwsza do czytania.... I się okazało że w środę przychodzi nowa dostawa wiec te szybko idą do obłożenia i na półki zatem moje zaklepane mogę już w czwartek odebrać.

A do tego wczoraj – będąc na zakupach wieczorową porą w naszych wspaniałych sklepach w Laskach na stojaku z gazetami znalazłam Bluszcz który oczywiście też kupiłam... Z bluszczem razem była książka...

Od przybytku głowa nie boli ale chyba musze sobie wziąć ze 2 tygodnie urlopu w pracy żeby wszystko ogarnąć:)

środa, 28 stycznia 2009

Sierściuch

Są takie proste zdarzenia które umilają życie.


W poniedziałek już lekko zmęczona czekałam w pracy godziny 16 gdy przyszedł do mojego pokoju nasz firmowy kot – Sierściuch.



Dla niewtajemniczonych – kocur trafił na oczyszczalnie w pierwszym roku jej istnienia, wyglądał jakby po nim tornado ze dwa razy przeszło, po wcześniejszych złamaniach kości źle się zrosły, kulał na tylnią nogę a myszy go w zębach nosiły bo tak był chudy i ogólnie jadł wszystko co mu się dało. Niską wagę utrzymywał dość długo, poza tym zawsze gdzieś wlazł, lub pobił się z miejscowymi kotami więc pokiereszowany był stale. Latem 2008 roku nabawił się świeżba w uchu - tak się drapał, że rozwarstwił sobie małżowinę uszną, ucho mu spuchło, potem zaczęło się paskudzić i finalnie weterynarz musiał małżowinę usunąć. Zatem Sierściuch jest kotem jednousznym. Przy okazji panu doktorowi się trochę więcej ucięło i kot jest też kastratem. Zamysł był taki, że jako kastrat może mniej będzie się pałętał po polach i wdawał w bójki.


I w sumie pomogło, kocur rzeczywiście się mniej szwęda, siedzi w budynku i zwykle śpi (w okresie zimowym pomiędzy parapetem a kaloryferem). Z dawnych zwyczajów pozostąło mu zamiłowanie do jedzenia, które obwieszcza powitalnym wrzaskiem jak tylko ktoś pojawi się w okolicy zaplecza kuchennego, a poza tym przytył, i wygląda teraz jak kuleczka.

No i wczoraj Sierściuch zaczął przed 16 uskuteczniać żebranie o jedzenie w moim pokoju. Z racji tego że zakres wagowy już dawno przekroczył i zarządziłam mu diete, musiałam odmówić wydania mu kolejnej saszetki z karmą. Trochę się zasmucił, poza tym nie było już mojej koleżanki Marysi, która też ma do niego słabość – więc kot chyba przeżył jakiś ciężki szok psychiczny i zamknął się w sobie. Żeby stan swojego nastroju jeszcze bardziej zobrazował umieścił swój szanowny zadek w pudełku..... co widać na załączonym obrazku.





Po chwili kontemplacji własnego ja – udał się do pokoju obok gdzie rozładował powstałe wewnętrzne napięcie oglądając rybki w akwarium.

On jest rozbrajający.
A rano dnia następnego (jak i w inne dni) znów powitał mnie swym radosnym wrzaskiem obwieszczającym – już jestem głodny!!!