niedziela, 30 listopada 2008

W krainie hobbistycznej

Od piątku 28 listopada do dziś trwa w Łodzi w Hali EXPO 3 Festiwal Haftu Koronki i Rękodzieła. - więcej informacji na: http://www.wojtek.com.pl/
Z racji tego iż w listopadzie do odebrania był dzień wolny za 1. w piątek świtem bladym (no dobra szczerze to o 8.45) z łóżeczka się zerwałam, śniadanko zjadłam i porwałam narzeczonego do Łodzi.
Jazdy tak ok. 2 godzin, pani nawigacja się namęczyła bo Patryk nie zawsze się z nią zgadzał i robiliśmy dywersje na trasie, by wreszcie o godzinie 12 z minutami zajechać na ulicę Stefanowskiego 30 i przekroczyć drzwi hali.





A tam to już oszalałam – oczy mi zaczęły biegać jak szalone, wszystko naraz chciałam zobaczyć i gdyby nie spokój i opanowanie Patryka to pewnie bym obcasy połamała. Na szczęście on narzucił porządek zwiedzania i konsekwentnie prowadził od stoiska do stoiska (on jest naprawdę przecudowny i dzielnie znosił to wszystko)

Jak zobaczyłam jakie frywolitkowe serwetki można zrobić to z moimi na 12 cm średnicy mogę się jeszcze schować. Pani, która przywiozła swoje zbiory pracuje jako wicedyrektorka szkoły i mówiła, że tylko robótki ją uspokajają po dniu z bandą rozkrzyczanej młodzieży. Zważywszy na to że jej serwetki miały chyba po metrze średnicy to wcześniejsze emerytury powinny być dla nauczycieli utrzymane.

Bardzo dużo było stanowisk z decoupage’em, z ozdobnymi pudełkami, pudełeczkami, misami, szklankami, butelkami i z materiałami do wykonywania ozdób tą techniką.
Były piękne rzeźby w drewnie, tysiące kolczyków, ceramiczne zastawy stołowe, piękne obrazy malowane i haftowane – szczególnie piękne były haftowane ikony przywiezione z Białorusi– aż trudno było rozpoznać że to nie pędzel malował a igła dziergała misternie cieniutką niteczką.
Patryk dzielnie znosił kilkakrotne moje przemarsze po stoiskach uwieczniając aparatem co piękniejsze rzeczy.

W hali zostawiłam wszystkie zaoszczędzone pieniądze, kupiłam poszewkę na podusie zrobioną techniką podobną do patchwork, nowe czółenko, bombki do ozdabiania, oraz prezenty – pięknego, drewnianego, rumianego anioła dla koleżanki i podkładki pod talerzyki z patchwork dla cioci.



A hitem okazał się być miód pitny.... dobry był ale się już w piątek zmył.... wieczorem żeśmy sobie rodzinnie symbolicznie po naparstku rozlali z małej buteleczki woskiem zapieczętowanej i... piec można było wyłączyć tak rozgrzewa. Super patent na zimę dla wszystkich zmarźluszków.






A od Patryka dostałam piękną zimową czapkę z daszkiem, unikat, ręcznie robiona i bardzo cieplutka. W połączeniu z moim wreszcie sukcesem w czwartek ukończonym szalikiem wygląda zabójczo i teraz żadna zima mi nie straszna.

Na pamiątkę zostało mi wiele pomysłów na nowe twory szydełkowe i zdjęcia.

A teraz, każdy kto ma możliwość niech wpadnie do EXPO w Łodzi – może miodku jeszcze trochę zostało.

wtorek, 18 listopada 2008

Wczoraj był dzień fajnych zdarzeń:

Po pierwsze: Koleżanka z pracy pożyczyła mi całą torbę wzorków, wzoreczków i szabloników do robótek ręcznych – i na szydełko i na igłę i na czółenko. Wieczorkiem wszystkie trzy siadłyśmy na kanapie i zaczęło się oglądanie. Aneta (dla niewtajemniczonych siostra) przejęła wszystkie hafty krzyżykowe, mamcia utonęła w pomysłach na nowe serwetki na szydełku, a ja trochę tu, trochę tam ale przede wszystkim porwałam wzory na frywolitki!!!. Oj szybko muszę kończyć ten szalik bo tyle fajnych wzorków muszę wypróbować:)

A co do szalika to ja go teoretycznie w sobotę skończyłam, zawiązałam ostatni supełek, przymierzyłam, pochwaliłam się Patrykowi i zadowolona poszłam do szafki schować druty............................ i znalazłam jeszcze jeden motek wełny..... zatem skoro chciałam żeby szalik był jak najbardziej długi to supełek odwiązałam i zaczęłam robić dalej.

Po drugie: Dostaliśmy wczoraj z Patrykiem pierwszy podpis w „dzienniczku”, jeszcze przed nami 9 nauk i konsultacje ale początek już jest.

Po trzecie i najważniejsze: Wczoraj powiększyła się rodzinka Stappów... ale o tym wypada żeby napisała Aga, oraz o swojej wizycie dziś u siostry.
Ja tylko powiem, że jako honorowa ciocia Marta jestem strasznie dumna i szalenie szczęśliwa. Zdjęcia widziałam i są prześliczne – dzieci oczywiście:)
Brawo brawo brawo!!!

niedziela, 16 listopada 2008

Oramus pro eis

Ponieważ pozwoliłam sobie na luksus nieistniejącego w przypadku doktorantów zwolnienia chorobowego, toteż obecnie ze wszystkim jestem czasowo do tyłu... W ten oto zawiły sposób chciałam się wytłumaczyć z tygodniowego opóźnienia tegoż postu;) Nie planowałam nawet o tym pisać (bo że niby się chwalę, czy coś;)), ale że społeczeństwo się domaga...;)))

Ad rem. Chciałam w kilku zdaniach opowiedzieć Wam o koncercie zaduszkowym, w którym miałam ogromną radość wziąć udział przed tygodniem. Może na początek- co na ten temat ma do powiedzenia sam pomysłodawca, autor/aranżer i 'szef' całego przedsięwzięcia:

Oramus pro eis - koncert zaduszkowy. To wzruszające misterium słowno-muzyczne osadzone w tematyce święta zmarłych. Trzy zasadnicze części: "Kyrie", "Sanctus" i "Agnus Dei", przypieczętowane wymownym "Amen" wyznaczają puls opowieści o dramacie człowieka, o jego wyborach, o grzechu, o śmierci i radosnej nadziei na zmartwychwstanie.


Sam koncert nie był jednak jednorazowym wydarzeniem - jest to jedno z przedsięwzięć formacji J.C. Hopa Project, o której więcej poczytać można na stronie www.JCHP.pl. Przed rokiem na przykład dwukrotnie wyśpiewaliśmy pochwałę Matki Bożej w oratorium Maria Virgo. Muszę przyznać, że było to naprawdę przejmujące wydarzenie - tak dla słuchaczy (przynajmniej tak twierdzą;)) jak i dla nas - śpiewających, grających, deklamujących...

Ale, ale, skąd w ogóle udział gagi, tj. mój, w tak niezwykłych koncertach??!! Chciałabym to wiedzieć!!;))) Otóż pomysłodawca, twórca i leader (jakie modne słowo w dzisiejszych czasach;)) JCHP - Sylwek Laskowski - to mój pielgrzymkowy znajomy:) A przy tym piekielnie zdolny muzyk, kompozytor i aranżer! Piękno koncertów przez niego przygotowywanych tkwi w połączeniu tradycji, naszej pięknej polskiej muzyki sakralnej z nowoczesnością, z nietuzinkowymi, zaskakującymi aranżacjami na solistów, chór i orkiestrę. Czyli tłumacząc z polskiego na nasz: Sylwek aranżuje na nowo nasze tradycyjne polskie pieśni kościelne. Czasem potrafi nieźle zaskoczyć słuchaczy, którzy słyszą niby znaną pieśń, ale taką jakby inną;) Jak dla mnie bomba!:) Zwłaszcza, że mogę być częścią tych niezwykłych projektów i dołożyć swoją skromną cegiełkę do całości:)

Jeśli chodzi o zeszłotygodniowy koncert, to nie obyło się bez przygód;) Ale ta pęknięta struna w Sylwka gitarze podczas drugiego chyba utworu, nic nie popsuła, a dodała jedynie uroku całemu wieczorowi:D Chociaż... zabawnie było, jak Sylwek przeprosił publiczność i zniknął na dwie minuty za ścianą (skąd dobiegały do nas jedynie odgłosy strojonych poszczególnych strun), a my staliśmy w świetle reflektorów na scenie, nie bardzo wiedząc co tu robić... Sylwek jednak po chwili powrócił do nas i dalej koncert potoczył się już bez przeszkód:)

I to tyle na dziś, jeśli chodzi o relację z koncertu. Kolejny będzie koncert God'spell w ostatnią niedzielę listopada - ale to już zupełnie inna historia... Toteż oddaję głos do studia;)

piątek, 14 listopada 2008

Ciasto z okazji 11 listopada

Uprzejmie donoszę, że popełniłam ciasto drożdżowe. No może ciasto drożdżowe to za dużo powiedziane bo jeszcze do tego ciasta zapamiętanego z dzieciństwa co go ś.p. Babcia Krysia piekła trochę mu brakuje, ale już nie jest tak źle.

Otóż mam ambicje nauczyć się piec drożdżowe ciasto i tak próbuje już od pewnego czasu z różnym skutkiem...........

Pierwsze ciasto z drożdżami (bo inaczej tego nazwać nie można), które piekłam to było twarde jak skała i prawie wcale nie urosło. Drugie urosło ale ociupinkę i przy okazji się zeschło. Trzecie zjadły kury a czwarte łabędzie (bo można było nimi ściany rozwalać).... potem było jeszcze kilka okazów.

W zasadzie za każdym razem miałam inny przepis, zdobyty od kogoś innego lub ściągany z Internetu i zawsze na konieć było coś nie tak. No i tak próbowałam i próbowałam, aż doszłam do przepisu ostatecznego – czyli tego znalezionego w tajnym zeszycie Babci Krysi, według którego ona robiła swoje super ciasto. Odkładałam go na koniec bo sobie tak powiedziałam, że jeśli według tego przepisu ciasto mi się nie uda to już nie ma co więcej próbować, trzeba porażkę przyjąć z godnością.

No ale pierwsza próba z tym przepisem nie wyszła tak źle... tzn. ciasto się finalnie nie udało ale!! przynajmniej urosło i przez chwile wyglądało tak jak trzeba....zanim się przykleiło do ściereczki którą było przykryte i potem się nie chciało odkleić, a potem już miało dziurę i już nie wyrosło tak fajnie.

Zatem w święto Niepodległości postanowiłam uraczyć rodzinę próbą nr 2. Dzień wolny, trochę czasu można spróbować.
No i wyszło lepiej – pod czujną kontrolą mamy wyrobiłam porządniej niż wcześniej ciasto, od rączek odchodziło i tym razem jak się przykleiło do ściereczki białej to pięknie się też od niej odkleiło i ogólnie nawet urosło. Tylko się scykałam z temperaturą i przez to wyszło blade.
Ale dziewczyny moje (mama i siostra) były pod wrażeniem, że mi drożdże rosną, a nasz domowy autorytet w sprawach ciasta drożdżowego – czyt. tata – powiedział że może być (to już komplement!!!!!). Oczywiście kolor mam dopracować, i że za mało słodkie, ale już musiało być znośne, bo wziął je ze sobą do pracy na drugie śniadanie.

W babci przepisie nie ma niestety podane w jakiej temperaturze piec – a opinie w necie są różne. Poza tym wydaje mi się, że ja znalazłam wersje pierwotną tego przepisu i że babcia go przez lata modyfikowała, i opracowane przez siebie proporcje miała „w rękach”.
No cóż – nie poddaje się, wkrótce następna próba. może kiedyś.... :)

PS. A jak ktoś mi może doradzić w jakiej temperaturze piec to będę bardzo wdzięczna za podpowiedz:)

sobota, 8 listopada 2008

Pejzaż z piosenką

Wczoraj w Centrum Kultury w Izabelinie odbyło się kolejne spotkanie (ale pierwsze na którym byłam) z poezją śpiewaną. Tym razem naprawdę w pogardzie mając tnące szpony mrozu i przepisy BHP udało nam się z narzeczonym mym dotrzeć na ten koncert. Ciężko było bo oczywiście mój tatko wymyślił dla Patryka na wieczór całkiem inne zajęcie, na szczęście udało się z pomocą mej mamy ograniczyć zadania do wykonania, większość przełożyć na dziś bo szczęśliwie się mamie przypomniało, że musi pilnie zrobić zakupy z tatą (dziękuje Ci mamo). Ja się odstawiłam że ho ho, i pojechaliśmy czerpać kulturę. Występował pan Zbigniew Zamachowski, pani Joanna Trzepiecińska, akompaniował pan Bogdan Hołownia, a wszystko prowadził pan Antoni Muracki.
Było naprawdę miło i uroczyście, piosenki czasem śmieszne czasem nostalgiczne ze względu na czas jesień i minionych świąt, dużo z tekstów Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego. Gdy się tak dokładnie wsłucha w teksty, w interpretacje wszystko się zaraz rozumie, w mig myśl autora rozumie. Naprawdę to jest klasa. Tak wtedy pomyślałam, że znów się we mnie rodzi bunt przed obecnymi „gwiazdami”, ludźmi, którzy z ulicy stają się sławni bo grają w serialach... nawet jak to są te tzw. „nieoszlifowane diamenty” talentu, to jednak brakuje im czegoś, tej szkoły myśli i słowa, jejku jak ten Zamachowski śpiewał „bo we mnie jest sex...” o rany. Albo pani Trzepiecińska o szukaniu Romea... ja w to wierzyłam.
Naprawdę było warto.
Niestety jednym cieniem na tym wszystkim kładło się zachowanie niektórych osób.... Przed rozpoczęciem występu pani Maryla Łukasińska – dyrektorka Centrum Kultury – poprosiła żeby w trakcie koncertu nie robić zdjęć, że będzie na to czas po koncercie, albo jak artysta będzie wykonywał ostatni utwór. Niestety nie wiele osób to zrozumiało. Niektórzy być może tego nie słyszeli bo się spóźnili (też bardzo kulturalnie).
Zdjęcia z ramienia Centrum Kultury robiła moja koleżanka Marta – ale wcześniej uzgodniła to z wykonawcami, poza tym robiła bez fleszy... jednak nasz naród taki jest, że jak już jeden może to zaraz następny spróbuje i następny i następny.... i doszło do tego, że pani Trzepiecińska zwróciła w końcu uwagę, że ją to bardzo rozprasza i że się wcześniej umawiała z organizatorami na zdjęcia po koncercie. Trochę wstyd..... A już gwóźdź to trumny dołożył facet z Centrum Administracyjnego – ten sam budynek, tylko bliższy z władzą...., który przyszedł oczywiście po prośbie pani Trzepiecińskiej i przecież o niczym nie wiedział, wiec jak się widownia przestała wygłupiać to on zaczął.... dobrze że to już była końcówka.
Czy ja się czepiam??
Ale ogólnie wieczór kulturalny bardzo fajny. A pani Joanna po koncercie jeszcze długo stała z widzami i rozmawiała. Można było poczekać.

czwartek, 6 listopada 2008

Słów - słupków - pętelek kilka dodajmy

Do tworów rąk naszych jeszcze dodajmy twórczość naszą wesołą kucharską i dzierganiny na drutach – właśnie jedną popełniam teraz..... w zasadzie wymaga ona krótkiego komentarza. Otóż ja ją - a raczej jego bo to szalik- zaczęłam w zeszłym roku i.......potem zima minęła, lato nastało i robótka poszła do szafy. Ale ostatnio gdy aura się zmienna zrobiła, a wiatr szyję owiał z zakamarków pamięci wygrzebałam wspomnienie szalika. Idąc za ciosem przekopałam szafę w poszukiwaniu robótki (kto by pomyślał, że ją schowałam na półkę z letnimi torbami - chyba po to żeby jej przypadkiem nie zapomnieć) i wyciągnęłam szary kłębek z połówką szalika. Zważywszy, że zima tuż tuż to albo mnie to zmobilizuje i sukces na szyi zwieńczy dzieło albo.......... będę liczyć, że zima może nie będzie bardzo mroźna i przyjdzie dopiero na Boże Narodzenie.
Muszę się jednak przyznać, że lubię bardzo robić na drutach i z przyjemnością teraz siadam do motka (zwłaszcza jak brzuszek mi grzeje pół szalika – kocyk nie potrzebny). Poza tym przy prostym wzorze (ryż potrójny) można spokojnie zerkać w telewizor (a dziś „Gotowe na wszystko” – serdecznie polecam). Jednak nie jestem mistrzynią, bo podobno mama mojego taty książki czytała tylko wtedy jak robiła na drutach. Fajnie by było umieć tak robić – 2 w 1.
Tymczasem wyciągam druciki i zapadam się w fotel ............

środa, 5 listopada 2008

Wygodnie siadamy i zaczynamy!

W pogardzie mając tnące szpony mrozu i słońce pustyni, dnie i noce gnały niepomne przepisów BHP... by stworzyć tę oto kronikę swych (i nie tylko) niezwykłych dokonań w dziedzinie starych koronek (i nie tylko). Cóż zatem kryje się pod tajemniczym 'i nie tylko'? Hmmm... wszystko co tylko przyjdzie nam do głowy jako warte opisania;) czyli m.in.:

-> książkę, co przed chwilą przeczytałam a spać przez nią nie mogę...

-> film, i nie chodzi tu tylko o miesięcznik, który Marta swego czasu regularnie kupowała, ale już przestała;)

-> szydełkowe cuda, dziergane kiedy się tylko uda, niekoniecznie dla efektu ale dla samej przyjemności dziergania:)

-> frywolitkę, której uczyłyśmy się z internetu godzinami wpatrując się w ten tyciuni filmik i usiłując zrozumieć który supełek ma przeskoczyć na którą nitkę?

Tudzież wszystkie inne dziwne twory rączkami naszymi uczynione, lub w nich trzymane, lub oczętami naszymi oglądane, lub w jakikolwiek inny sposób przez nas doświadczone!

Zatem Czytelniku, rozsiądź się wygodnie w fotelu (najlepiej takim jaki ma Marta i ja też mam... sobie kupić;)) i zapraszamy Cię do magicznego świata naszych wynurzeń słownych! Cenimy sobie nad wyraz udział interaktywny naszych prześwietnych Czytelników, czyli mówiąc po polsku: komentujcie, komentujcie, komentujcie!:) Niniejszym nasz blog uważamy za otwarty! Fanfary!!!