Z racji tego iż w listopadzie do odebrania był dzień wolny za 1. w piątek świtem bladym (no dobra szczerze to o 8.45) z łóżeczka się zerwałam, śniadanko zjadłam i porwałam narzeczonego do Łodzi.
Jazdy tak ok. 2 godzin, pani nawigacja się namęczyła bo Patryk nie zawsze się z nią zgadzał i robiliśmy dywersje na trasie, by wreszcie o godzinie 12 z minutami zajechać na ulicę Stefanowskiego 30 i przekroczyć drzwi hali.
A tam to już oszalałam – oczy mi zaczęły biegać jak szalone, wszystko naraz chciałam zobaczyć i gdyby nie spokój i opanowanie Patryka to pewnie bym obcasy połamała. Na szczęście on narzucił porządek zwiedzania i konsekwentnie prowadził od stoiska do stoiska (on jest naprawdę przecudowny i dzielnie znosił to wszystko)
Bardzo dużo było stanowisk z decoupage’em, z ozdobnymi pudełkami, pudełeczkami, misami, szklankami, butelkami i z materiałami do wykonywania ozdób tą techniką.
Były piękne rzeźby w drewnie, tysiące kolczyków, ceramiczne zastawy stołowe, piękne obrazy malowane i haftowane – szczególnie piękne były haftowane ikony przywiezione z Białorusi– aż trudno było rozpoznać że to nie pędzel malował a igła dziergała misternie cieniutką niteczką.
Patryk dzielnie znosił kilkakrotne moje przemarsze po stoiskach uwieczniając aparatem co piękniejsze rzeczy.
A hitem okazał się być miód pitny.... dobry był ale się już w piątek zmył.... wieczorem żeśmy sobie rodzinnie symbolicznie po naparstku rozlali z małej buteleczki woskiem zapieczętowanej i... piec można było wyłączyć tak rozgrzewa. Super patent na zimę dla wszystkich zmarźluszków.
Na pamiątkę zostało mi wiele pomysłów na nowe twory szydełkowe i zdjęcia.
A teraz, każdy kto ma możliwość niech wpadnie do EXPO w Łodzi – może miodku jeszcze trochę zostało.