piątek, 14 listopada 2008

Ciasto z okazji 11 listopada

Uprzejmie donoszę, że popełniłam ciasto drożdżowe. No może ciasto drożdżowe to za dużo powiedziane bo jeszcze do tego ciasta zapamiętanego z dzieciństwa co go ś.p. Babcia Krysia piekła trochę mu brakuje, ale już nie jest tak źle.

Otóż mam ambicje nauczyć się piec drożdżowe ciasto i tak próbuje już od pewnego czasu z różnym skutkiem...........

Pierwsze ciasto z drożdżami (bo inaczej tego nazwać nie można), które piekłam to było twarde jak skała i prawie wcale nie urosło. Drugie urosło ale ociupinkę i przy okazji się zeschło. Trzecie zjadły kury a czwarte łabędzie (bo można było nimi ściany rozwalać).... potem było jeszcze kilka okazów.

W zasadzie za każdym razem miałam inny przepis, zdobyty od kogoś innego lub ściągany z Internetu i zawsze na konieć było coś nie tak. No i tak próbowałam i próbowałam, aż doszłam do przepisu ostatecznego – czyli tego znalezionego w tajnym zeszycie Babci Krysi, według którego ona robiła swoje super ciasto. Odkładałam go na koniec bo sobie tak powiedziałam, że jeśli według tego przepisu ciasto mi się nie uda to już nie ma co więcej próbować, trzeba porażkę przyjąć z godnością.

No ale pierwsza próba z tym przepisem nie wyszła tak źle... tzn. ciasto się finalnie nie udało ale!! przynajmniej urosło i przez chwile wyglądało tak jak trzeba....zanim się przykleiło do ściereczki którą było przykryte i potem się nie chciało odkleić, a potem już miało dziurę i już nie wyrosło tak fajnie.

Zatem w święto Niepodległości postanowiłam uraczyć rodzinę próbą nr 2. Dzień wolny, trochę czasu można spróbować.
No i wyszło lepiej – pod czujną kontrolą mamy wyrobiłam porządniej niż wcześniej ciasto, od rączek odchodziło i tym razem jak się przykleiło do ściereczki białej to pięknie się też od niej odkleiło i ogólnie nawet urosło. Tylko się scykałam z temperaturą i przez to wyszło blade.
Ale dziewczyny moje (mama i siostra) były pod wrażeniem, że mi drożdże rosną, a nasz domowy autorytet w sprawach ciasta drożdżowego – czyt. tata – powiedział że może być (to już komplement!!!!!). Oczywiście kolor mam dopracować, i że za mało słodkie, ale już musiało być znośne, bo wziął je ze sobą do pracy na drugie śniadanie.

W babci przepisie nie ma niestety podane w jakiej temperaturze piec – a opinie w necie są różne. Poza tym wydaje mi się, że ja znalazłam wersje pierwotną tego przepisu i że babcia go przez lata modyfikowała, i opracowane przez siebie proporcje miała „w rękach”.
No cóż – nie poddaje się, wkrótce następna próba. może kiedyś.... :)

PS. A jak ktoś mi może doradzić w jakiej temperaturze piec to będę bardzo wdzięczna za podpowiedz:)

1 komentarz:

gaga pisze...

Martula! Wielkie gratulacje!!! I już się wpraszam na próbowanie kolejnej próby;)

Moja mama, kątem ucha słuchając urywków Twojego posta, zaprasza Cię do nas na 'szkolenie' gdybyś chciała;) I jeszcze przekazuję od mamci, że drożdżowe pieczenie się w temperaturze 180-200 stopni:)

Tak trzymaj dalej! Ja tymczasem czekam na dostawę fotela w kolorze 'kawa z mlekiem', który mam nadzieję zmobilizuje mnie to bardziej wytężonego blogopisarstwa;)