W miedzy czasie poczytałam trochę książki – Merde, Rok w Paryżu – śmieszna, o tym jak Anglik próbuje żyć we Francji i mu to tak idzie jak krew z nosa. Mówiłam już o tej książce kiedyś, porzuciłam ją na rzecz lektury „Sprężyny”. Teraz wracam. Trochę mnie denerwuje ten czysto męski punkt widzenia, ale niektóre sytuacje są naprawdę komiczne, choć bohater książki łatwiej by się do wszystkiego przyzwyczajał gdyby wykazał choć odrobinę elastyczności, a nie ciągle podkreślał jak duże są różnice w mentalności Anglików i Francuzów. Czasem sam chyba ich na siłę szuka, a w zasadzie szuka ich autor bo sam jest Anglikiem mieszkającym w Paryżu. Ale książka miała być pewnie trochę przejaskrawiona by uzyskać większy komizm, literatura rządzi się swoimi prawami, i zachowania bohatera nie muszą być praktyczne. Zobaczymy czym się kończy. W sumie czyta się fajnie.
Ale zboczyłam z tematu bo miałam się pochwalić że – skończyłam serwetkę. Duże dla mnie wyzwanie bo i była trochę większa niż te co zwykle robię, i w stylu który u mnie zawsze stwarzał trudności – to znaczy dużo dziur, dużo oczek z łańcuszka, a wtedy łatwo się pomylić, albo zrobić falbanki. Ja wolę bardziej pełne serwetki, łatwiej je opanować, a przy tej ciągle się bałam że zrobię nie równe łańcuszki. Ale dzięki tej robótce odkryłam nową prawidłowość– jak się robi łańcuszkiem to robi się szybciej. Szczególnie widoczne to było przy ostatnich okrążeniach, które mimo że wieksze robiłam szybciej niż te gdzie więcej było we wzorze słupków.
Finał mojej pracy wygląda tak:
A to owieczka od Marysi Misiak w perspektywie marszu po serwetce