sobota, 28 marca 2009

Serwetkowy finał

W piątek, czyli wczoraj zrobiłam sobie dzień wolny. Pospałam dłużej, w spokoju zjadłam śniadanie, wypiłam napar z mniszka lekarskiego – dostałam od mamy mojej uczennicy żeby leczyć gardło i kaszel – i bez pośpiechu tak przeżyłam cały dzień.
W miedzy czasie poczytałam trochę książki – Merde, Rok w Paryżu – śmieszna, o tym jak Anglik próbuje żyć we Francji i mu to tak idzie jak krew z nosa. Mówiłam już o tej książce kiedyś, porzuciłam ją na rzecz lektury „Sprężyny”. Teraz wracam. Trochę mnie denerwuje ten czysto męski punkt widzenia, ale niektóre sytuacje są naprawdę komiczne, choć bohater książki łatwiej by się do wszystkiego przyzwyczajał gdyby wykazał choć odrobinę elastyczności, a nie ciągle podkreślał jak duże są różnice w mentalności Anglików i Francuzów. Czasem sam chyba ich na siłę szuka, a w zasadzie szuka ich autor bo sam jest Anglikiem mieszkającym w Paryżu. Ale książka miała być pewnie trochę przejaskrawiona by uzyskać większy komizm, literatura rządzi się swoimi prawami, i zachowania bohatera nie muszą być praktyczne. Zobaczymy czym się kończy. W sumie czyta się fajnie.


Ale zboczyłam z tematu bo miałam się pochwalić że – skończyłam serwetkę. Duże dla mnie wyzwanie bo i była trochę większa niż te co zwykle robię, i w stylu który u mnie zawsze stwarzał trudności – to znaczy dużo dziur, dużo oczek z łańcuszka, a wtedy łatwo się pomylić, albo zrobić falbanki. Ja wolę bardziej pełne serwetki, łatwiej je opanować, a przy tej ciągle się bałam że zrobię nie równe łańcuszki. Ale dzięki tej robótce odkryłam nową prawidłowość– jak się robi łańcuszkiem to robi się szybciej. Szczególnie widoczne to było przy ostatnich okrążeniach, które mimo że wieksze robiłam szybciej niż te gdzie więcej było we wzorze słupków.


Finał mojej pracy wygląda tak:

A to owieczka od Marysi Misiak w perspektywie marszu po serwetce

czwartek, 26 marca 2009

O rany

Ostatnie nasze wpisy miał miejsce 13 marca i potem cisza. Można by pomyśleć, że coś nam się stało, że na przykład doświadczenia kuchenno-kulinarne nie do końca się udały.

Pragnę donieść, że wszystko jest ok. Wszystkie paluszki i rączki są na miejscu, żadnych przypalonych brwi ani grzywek – jak na razie.

Obecnie jestem po obejrzeniu drugiej płyty z przepisami, poza tym z pracy od koleżanek dostałam przepis na krupniok – wiec szansa na kolejne szaleństwa w kuchni jest, tylko nie wiem czy inni eksploatatorzy (głupi wyraz, nigdy nie wiem jak się go piszę a muszę go w pracy często używać) kuchni będą nadal tak spokojni kiedy zacznę spirytus na wolnym ogniu podgrzewać.

Natomiast koleżanka Agnieszka się rozśpiewała i w tamten weekend była na Wiośnie God’spell w Lublinie...ale to już dziedzina i mam nadzieje, że rozwijając go na blogu swojego chóru napisze też coś o tym tutaj.

A z serwetki, którą robię i robię i robię.... zostały mi jeszcze 3 okrążenia. Może mi się uda ją jeszcze w tym miesiącu skończyć.

No dobra – koniec przyjemności czas jeszcze trochę popracować.

piątek, 13 marca 2009

Doniesienia z obiadu

Krótko powiem że zrobiłam zapowiadane tosty z mozarella. Fajnie wyszły. Bałagan w całej kuchni, poklejone talerze mąką i mlekiem ale smakowało. I jakie wzbudziło emocje.

Oczywiście wystąpiła pewna różnica produktowa – po pierwsze wczoraj szybko robiąc zakupy nie znalazłam w sklepie mozarelli wiec wzięłam zotelle – ale okazało się, że ona też się rozpuszcza pod wpływem temperatury więc wyszło ok. Gorzej, że chleb się nie chciał skleić – tzn. Nigella w swoim przepisie użyła takiego dużego „plastikowego” chleba z torebki, takiego do tostów – ale te ich chleb jest chyba bardziej bułkowaty i łatwiej skleić dwie kromki brzegami ze sobą– nasz do tostów jest suchszy i twardszy – więc sklejanie nie wychodzi zbyt dobrze – ale! Odkryłam że można go skleić za pomocą sera który jest w środku. Po przyłożeniu siły na całą powierzchnie kanapki okazuje się, że 2 kromki sklejają się pośrodku tam gdzie jest mozarella (tudzież zotella) a brzegi są wolne. W sumie w smażeniu to aż tak bardzo nie przeszkadza:)

Było smacznie i wesoło – i o to chodziło. A posiłek sycący dobry na dzień postny:)

wtorek, 10 marca 2009

W kuchni będzie Nigella!!!

Nareszcie, wczoraj przyszła
Kupiona w zeszłym tygodniu przez Internet.
Wyczekiwana z utęsknieniem
Skrycie naśladowana i podglądana
Nigella Lawson w postaci 3 płyt dvd przybyła ze swoim programem kulinarnym „Nigella Gryzie” do mnie i kuchni moich rodziców.




Program „Nigella Gryzie” leciał na TVN chyba dwa lata temu w wakacje. Obejrzałam kilka odcinków, spodobały mi się bo potrawy pokazywane w programie wydawały mi się łatwe do zrobienia. Nawet wykonałam zapiekankę z ziemniaków inspirując się jednym z przepisów i wszyscy biesiadnicy przeżyli. TVN puszczało jeszcze potem „Nigella Ucztuje” a następnie serie przeniosło do TVN Style jako do stacji bardziej kobiecej.


No i tu się pojawia problem bo ta stacja jest ogólnie dostępna na platformie cyfrowej a do takowej swobodny dostęp jest mniej swobodny gdyż – dekoder znajduje się u nas w dużym pokoju, gdzie w czasie wolnym od pracy (czyli wtedy kiedy i ja ma wolne) odpoczywają inni domownicy z których większość nad programy kulinarne przedkłada czasami inne programy typu sport, film, wiadomości.
W ogóle ja uwielbiam oglądać tak zwane „gotowanie na ekranie”. Na Cyfrze jest cały program zwany Kuchnia.TV gdzie programy kulinarne są nadawane non-stop. Mogłabym go oglądać godzinami, szczególnie program „Na słodko” – no cudowny, mój ulubiony, prowadząca Pani Anna Olesn przez 20 minut pokazuje jak zrobić różne łakocie, ciasta i smakołyki, no coś wspaniałego, wypróbowałam już kilka pomysłów i wyszło. Ale niestety, trzeba czasem innych dopuścić do głosu i przełączyć. Dlatego zdecydowałam się kupić płytkę. Włączę ją sobie w chwili dowolnej, pooglądam, zrobię notatki i może coś ugotuje. I tu pojawia się dodatkowy plus – nie trzeba szybko pisać na kolanie, tylko zatrzymać, zanotować i puścić dalej.
Już mam pomysł na piątek na zapiekane kanapki z mozarellą. Ciekawe co wyjdzie. Fajne jest że te przepisy zwykle są dość proste. Pani Nigella wyznaje dewizę żeby jeść dobre rzeczy ale nie koniecznie się bardzo męczyć przy ich przyrządzaniu. Problem może się pojawić przy niektórych produktach – ale od czego są głowy w kuchni, trzeba metodą prób i błędów opracować polską wersje.


Kiedyś w Wysokich Obcasach czytałam o Nigelli. Ze jej program zrobił furorę w Wielkiej Brytanii bo odchodził od konwenansu sztywnego pouczania jak co się robi a pokazywał bardziej zabawe kuchnią, odkrywanie smaków, tajemnic kuchni, starych pomysłów, swobody do przepisów czyli wszystko na oko, i nie przejmowania się tym, że się chlapie, że się sypie, że mąka się w powietrzu unosi, grunt to żeby nie przypalić. Niektórym to się podoba innym nie – gusta są podzielone. Mi bardzo:)


Wydaje mi się też że ten program podglądała kiedyś Ewa Wachowicz, i podobną formułę szczęśliwej gospodyni próbuje teraz zastosować w swoim programie „Ewa gotuje” tyle że jej to wcale nie wychodzi, bo robi z siebie super wszystko wiedzącą sztuczną kucharkę. Za dużo pozowania i wymądrzania się, no i te jej zdrobnienia wprost działają na nerwy jak płachta na byka.

A na końcu powiem już tylko że jeśli „Na słodko” też ktoś kiedyś wyda na płycie też sobie kupie. I będę piec słodkości i wszystkich tuczyła - hahaha

niedziela, 8 marca 2009

Z Dnia Kobiet

Aga może i pisze rzadziej, ale za to jak już coś napisze to „czapki z głów”. Bardzo się cieszę że przy tym całym zabieganiu i wielu obowiązkach udało się Ci znajduje czas na chwilę dla siebie i poczytanie czegoś innego niż matematyczne publikacje.

A ja tak skromnie z okazji Dnia Kobiet wrzucam na blogga zdjęcie Igora (hm... czyżbym zarymowała choć wcale nie zamierzałam), z jego sobotniej sjesty przedpołudniowej.



I jedną fotkę tajemną – już chyba widać po kim w rodzinie mamy zamiłowanie do dziergania. Mama przy niekoniecznie ulubionym narzędziu pracy.


czwartek, 5 marca 2009

Piękne słowo zawsze w cenie!

Dawno nic tu nie pisałam, ojjjjj dawno... Wstyd mi okrutnie. Ale Wielki Post, to chyba dobry okres, co by się poprawić;) Poprawiam się więc co prędzej, bo akurat cosik ciekawego wpadło mi w ręce.

Ale po kolei. Od wielu lat mam taki zwyczaj, że czytane książki okładam w przechodnie okładki. W szufladzie przechowuję kilka takich okładek i jak zaczynam nową książkę, to sięgam do szuflady i wybieram najlepiej pasującą :) Dlaczego taki dziwaczny zwyczaj? Po pierwsze stąd, że od dziecka wpajano mi szacunek do słowa pisanego, z co ogromnie wdzięczna jestem mym rodzicom i innym ciotkom. Ale teraz to nie tylko dlatego... Otóż jakiś czas temu zorientowałam się, że taka okładka, która zawsze jest pod ręką podczas czytania, jest świetnym miejscem do zanotowania jakiegoś ciekawego cytatu, myśli, pomysłu na kolejną książkę etc. I od kilku lat moje przechodnie okładki nie tylko są mocno wyeksploatowane;) ale również w każdym dostępnym miejscu (a w ramach recyklingu okładki produkuję z czasopism, plakatów itp.) okraszone tekstem pisanym.

Ostatnio sięgnęłam znowu do Lema. Mimo prób wpojenia mi nienawiści do tego pisarza, przez zmuszanie mnie w szkole podstawowej do czytania 'Bajek robotów' i co gorsza oglądania jakiś paskudnych przedstawień w tym temacie, mimo tych traumatycznych wspomnieć, zetknęłam się ponownie ze słowem Lema i na szczęście miałam już na tyle dużo latek, żeby dostrzec w nim coś niezwykłego. Zainwestowałam nawet w cykl dzieł Lema, które teraz zamieszkują pod mym biurkiem, z racji braku miejsca na nowe pozycje nie tylko na regałach, ale i na wszelkich szafkach, szafeczkach, drugich rzędach regałów i jakimkolwiek innym skrawku miejsca;) Tak przy okazji - ktoś wie może jak zdobyć brakujący tom? Bo mi jednego brakuje.... :(

Ale do rzeczy! Sama siebie muszę doprowadzać do porządku;) Obecnie pomieszkuję w 'Szpitalu przemienienia' i jestem pod dużym wrażeniem, bo słowo - jak to u Lema - magiczne, malujące obraz opisywanej rzeczywistości, a rzeczywistość ta tym razem to nasz kraj nadwiślański a nie jakaś inna planeta;) I wczoraj właśnie na całkiem nowej przechodniej okładce pojawił się taki oto cytat:

Miażdżąc w pośpiechu zachowane w cienistych miejscach szybki zamarzniętych kałuż...

No prostu poezja! Tak mnie zachwycił ten fragment zdania, że postanowiłam nie tylko go zanotować, ale i się z Wami nim podzielić:)

Drugi cytat na dziś (czym zakończę ten już nieco przydługi wywód;)), z tego samego źródła, wydał mi się niezwykle adekwatny do czasu. Bo czyż Wielki Post to nie dobra okazja do mądrych postanowień?;) Także raz jeszcze Lem w 'Szpitalu przemienienia' z pozdrowieniem dla wszystkich czytających:

Działać, działać i działać. - Przypomniał sobie powiedzenie ojca: "człowiek, który nie ma celu w życiu, musi go sobie stworzyć." Dobra jest zresztą plejada celów, na bliższą i dalszą metę. I to nie jakieś nieokreślone "dzielnym być", "dobrym", ale "naprawić klozet". Z tego na pewno wyniknie większe zadowolenie.

poniedziałek, 2 marca 2009

Obrazek Anety

Moja młodsza siostra też lubi czasem posiedzieć i podziergać sobie trochę.
U niej praca nad robótką jest bardziej skoordynowana – zawsze powstaje specjalny warsztat pracy z odpowiednim oświetleniem, wcześniej jest rozdział nitek i podział kolorów, wszystko ma swój ład i porządek.
Ja dobrze, że nie oślepnę dziergając robótki gdy przy świetle kinkietu siedząc w fotelu prawie do góry nogami rozszyfrowywuje znaczki we wzorkach

A u mojej siostry dzięki dobrej organizacji w ekspresowym tempie powstał ten oto obrazek:


Aneta obrazek skończyła tydzień temu, ale ja dopiero teraz:
a -odnalazłam aparat by zrobić mu zdjęcie,
b- znalazłam kabelek by aparat połączyć z komputerem.
c - zebrałam myśli by wpis był sensowny....................... (a chociaż trochę jest?)
Za opóźnienia przepraszamy i się polecamy :)

Obrazek zostanie potem umieszczony w ramce i podarowany mamie. Z tego co się zorientowałam jest to początek jakiejś liczniejszej serii obrazków o wspólnym temacie. Ciekawe w którym pokoju będą wisiały.

niedziela, 1 marca 2009

Natura

Kto by pomyślał dziś, że tydzień temu na podwórku była lodowa kraina. Kto mi dziś uwierzy, że w zeszłą sobotę biegałam rano opatulona szalem i fotografowałam sople na dachu, a dziś – jak jedna z pozostałości po śniegowej krainie postanowiła opuścić nasz dach to myślałam, że o rynnie nad moim oknem możemy zapomnieć.

Nowa kartka w kalendarzu z marcem cieszy żonkilami, mama dziś godzinę na słonko buzie wystawiała.

Czyżby wiosna delikatnie do nas pukała by zagościć w naszych podwórkach. Oby tak:)