czwartek, 27 maja 2010

Perełki...

"...bulwar zaczyna się gdzieś w okolicy tego kosza na śmieci..."
takie słowa wypowiedział prezenter jednej ze stacji telewizyjnych podczas relacji z terenu potencjalnie zagrożonego powodzią. Powiem tylko - atrakcyjna lokalizacja tego bulwaru.

a to zasłyszane na kazaniu w niedzielę:
"...kiedy obejmowałem tu probostwo to chodziłem po wodzie, teraz są tu trotuary..." - chciałam zauważyć że historia zna jeden taki przypadek chodzenia po wodzie - zakwalifikowany jako cud, a u nas proszę - było, a parafia skromna niczym się nie chwali, po latach się człowiek dowiaduje


Zatem spoko maturzyści i wszyscy, którym błędy językowe wypominano w szkole- każdemu może się przydarzyć wpadka, a dzięki takim codziennym smaczkom językowym całe dnie człowiek może przetrwać z uśmiechem. mnie trzyma od weekendu

poniedziałek, 24 maja 2010

Ku pokrzepieniu serc - wyprawa do Nottingham

W ramach akcji - budujemy siłę Agnieszki przed ważnym egzaminem i pilnujemy by dziewczyna czasem przewietrzyła umysł przeprowadziłyśmy w sobotę manewr kino. Wyciągnęłam Agę na Robin Hooda. Poszliśmy we trójkę ja, ona i mój mąż na kino mocno męskie i było fajowsko.

Mąż zadowolony bo na ekranie dużo się bili, były strzały, wybuchy i trochę krwi.
My zadowolone z przyczyn podobnych plus jeszcze szlachetny bohater, wierni kompani, wątek miłosny (Cate Blanchett), romantyczna idea, itp... aczkolwiek liczyłyśmy na trochę więcej trykotów ale była naga klatka Russela Crowe więc wszystko zostało zrekompensowane. Film fajny, przyjemny, według mnie akurat taki żeby Gagę odprężyć. Poza tym aby nikt nie mówił że poszłyśmy na mało ambitne kino ułożyłyśmy do tego filmu filozofię, otóż: powstała legenda Robin Hooda, wiec co jakiś czas nowe pokolenie aktorów i reżyserów chce ją na swój sposób przedstawić i powstaje kolejna ekranizacja - zatem tak na prawdę każdy facet zawsze znajdzie sposób by bezkarnie pobiegać po lesie :) - zatem myśmy tam były nie tylko żeby film obejrzeć ale też w celach badawczych;)

Ja polecam ten film serdecznie. Mnie się podobało - reszcie drużyny chyba też.

czwartek, 13 maja 2010

Jak powstawały pampuchy

Miesiąc bloog milczał. Działo się dużo – i prywatnie i narodowo, ale nie o wszystkim dało radę pisać. Teraz mamy nowy miesiąc. Nowe wyzwania, nowe problemy na głowach, nowe akcje przed sobą. Ruszamy dalej.

Przez kwiecień coś się ugotowało, coś się przypaliło, zdobyło się nowe doświadczenia, które może w przyszłości zaowocują jakimś kulturalnie kulinarnym wpisem.

Tymczasem przedstawiam mój wytwór z tego weekendu.


PAMPUCHY:








A skąd się wzięły – z „Brodzik od kuchni”. Jestem fanką programów kulinarnych. Lubię oglądać jak komuś coś w kuchni wychodzi. Mam 2 ulubione kucharki, których programy mogę oglądać stale: Anne Olsen (Na słodko), Nigelle Lewson (każdy jej program). Z polskich kucharzy oczywiście: Karol Okrasa i program Roberta Makłowicza. Reszta polskich programów kulinarnych wydaje mi się podróbką albo na licencji zagranicznej – takie jest moje odczucie, co do programu Ewy Wachowicz – która próbuje udawać Nigelle, albo Pascal który gada z kimś poza kadrem tak jak Jemi Olivier. Od pewnego czasu swój program ma też Joanna Brodzik. Obejrzałam dwa odcinki programu Brodzik od kuchni i może mnie nie powaliły, ale nie były złe. Nie do końca wiadomo czy formułą tego programu jest gotowanie czy bajanie o nowym stylu życia, ale zamysły potraw odwołują się do tradycji polskiej kuchni a pani Brodzik nie robi z siebie lalki tylko normalnie mówi o przygotowywaniu posiłków więc ogląda się to miło. Pierwszy z programów, które oglądałam mówił o tradycyjnej śląskiej kuchni i ten program stał się właśnie natchnieniem dla moich niedzielnych tworów kuchennym. Przepis na papmuchy jest wzięty właśnie ze strony http://www.brodzikodkuchni.tvp.pl/ i robiony tak jak zapamiętałam to z programu.

Ci, co znają moje zdolności w obsłudze ciast z drożdżami wiedzą, że pewnie sukcesu wielkiego nie było –i mają racje: okazało się, że za krótko trzymałam papmuchy na parze i kiedy pierwsze wyszły jako tako to ostatnie były niedorobione. Ale pierwsze koty za płoty, jakoś się udało, już mniej więcej wiem jak to się robi, więc wkrótce akcje powtórzę – zwłaszcza, że domowy smakosz drożdżowy, czyli tata był pod wrażeniem mojej determinacji.






tak wyglądało stanowisko pracy