W ramach akcji - budujemy siłę Agnieszki przed ważnym egzaminem i pilnujemy by dziewczyna czasem przewietrzyła umysł przeprowadziłyśmy w sobotę manewr kino. Wyciągnęłam Agę na Robin Hooda. Poszliśmy we trójkę ja, ona i mój mąż na kino mocno męskie i było fajowsko.
Mąż zadowolony bo na ekranie dużo się bili, były strzały, wybuchy i trochę krwi.
My zadowolone z przyczyn podobnych plus jeszcze szlachetny bohater, wierni kompani, wątek miłosny (Cate Blanchett), romantyczna idea, itp... aczkolwiek liczyłyśmy na trochę więcej trykotów ale była naga klatka Russela Crowe więc wszystko zostało zrekompensowane. Film fajny, przyjemny, według mnie akurat taki żeby Gagę odprężyć. Poza tym aby nikt nie mówił że poszłyśmy na mało ambitne kino ułożyłyśmy do tego filmu filozofię, otóż: powstała legenda Robin Hooda, wiec co jakiś czas nowe pokolenie aktorów i reżyserów chce ją na swój sposób przedstawić i powstaje kolejna ekranizacja - zatem tak na prawdę każdy facet zawsze znajdzie sposób by bezkarnie pobiegać po lesie :) - zatem myśmy tam były nie tylko żeby film obejrzeć ale też w celach badawczych;)
Ja polecam ten film serdecznie. Mnie się podobało - reszcie drużyny chyba też.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz