czwartek, 13 maja 2010

Jak powstawały pampuchy

Miesiąc bloog milczał. Działo się dużo – i prywatnie i narodowo, ale nie o wszystkim dało radę pisać. Teraz mamy nowy miesiąc. Nowe wyzwania, nowe problemy na głowach, nowe akcje przed sobą. Ruszamy dalej.

Przez kwiecień coś się ugotowało, coś się przypaliło, zdobyło się nowe doświadczenia, które może w przyszłości zaowocują jakimś kulturalnie kulinarnym wpisem.

Tymczasem przedstawiam mój wytwór z tego weekendu.


PAMPUCHY:








A skąd się wzięły – z „Brodzik od kuchni”. Jestem fanką programów kulinarnych. Lubię oglądać jak komuś coś w kuchni wychodzi. Mam 2 ulubione kucharki, których programy mogę oglądać stale: Anne Olsen (Na słodko), Nigelle Lewson (każdy jej program). Z polskich kucharzy oczywiście: Karol Okrasa i program Roberta Makłowicza. Reszta polskich programów kulinarnych wydaje mi się podróbką albo na licencji zagranicznej – takie jest moje odczucie, co do programu Ewy Wachowicz – która próbuje udawać Nigelle, albo Pascal który gada z kimś poza kadrem tak jak Jemi Olivier. Od pewnego czasu swój program ma też Joanna Brodzik. Obejrzałam dwa odcinki programu Brodzik od kuchni i może mnie nie powaliły, ale nie były złe. Nie do końca wiadomo czy formułą tego programu jest gotowanie czy bajanie o nowym stylu życia, ale zamysły potraw odwołują się do tradycji polskiej kuchni a pani Brodzik nie robi z siebie lalki tylko normalnie mówi o przygotowywaniu posiłków więc ogląda się to miło. Pierwszy z programów, które oglądałam mówił o tradycyjnej śląskiej kuchni i ten program stał się właśnie natchnieniem dla moich niedzielnych tworów kuchennym. Przepis na papmuchy jest wzięty właśnie ze strony http://www.brodzikodkuchni.tvp.pl/ i robiony tak jak zapamiętałam to z programu.

Ci, co znają moje zdolności w obsłudze ciast z drożdżami wiedzą, że pewnie sukcesu wielkiego nie było –i mają racje: okazało się, że za krótko trzymałam papmuchy na parze i kiedy pierwsze wyszły jako tako to ostatnie były niedorobione. Ale pierwsze koty za płoty, jakoś się udało, już mniej więcej wiem jak to się robi, więc wkrótce akcje powtórzę – zwłaszcza, że domowy smakosz drożdżowy, czyli tata był pod wrażeniem mojej determinacji.






tak wyglądało stanowisko pracy



1 komentarz:

Martika pisze...

ten wpis wygląda jakby sam był niedorobiony ale coś się zwaliło z netem i nie mogłam go dopracować - jak już wywalczyłam jakąś formę to zaczęły wyskakiwać błędy...