środa, 28 stycznia 2009

Sierściuch

Są takie proste zdarzenia które umilają życie.


W poniedziałek już lekko zmęczona czekałam w pracy godziny 16 gdy przyszedł do mojego pokoju nasz firmowy kot – Sierściuch.



Dla niewtajemniczonych – kocur trafił na oczyszczalnie w pierwszym roku jej istnienia, wyglądał jakby po nim tornado ze dwa razy przeszło, po wcześniejszych złamaniach kości źle się zrosły, kulał na tylnią nogę a myszy go w zębach nosiły bo tak był chudy i ogólnie jadł wszystko co mu się dało. Niską wagę utrzymywał dość długo, poza tym zawsze gdzieś wlazł, lub pobił się z miejscowymi kotami więc pokiereszowany był stale. Latem 2008 roku nabawił się świeżba w uchu - tak się drapał, że rozwarstwił sobie małżowinę uszną, ucho mu spuchło, potem zaczęło się paskudzić i finalnie weterynarz musiał małżowinę usunąć. Zatem Sierściuch jest kotem jednousznym. Przy okazji panu doktorowi się trochę więcej ucięło i kot jest też kastratem. Zamysł był taki, że jako kastrat może mniej będzie się pałętał po polach i wdawał w bójki.


I w sumie pomogło, kocur rzeczywiście się mniej szwęda, siedzi w budynku i zwykle śpi (w okresie zimowym pomiędzy parapetem a kaloryferem). Z dawnych zwyczajów pozostąło mu zamiłowanie do jedzenia, które obwieszcza powitalnym wrzaskiem jak tylko ktoś pojawi się w okolicy zaplecza kuchennego, a poza tym przytył, i wygląda teraz jak kuleczka.

No i wczoraj Sierściuch zaczął przed 16 uskuteczniać żebranie o jedzenie w moim pokoju. Z racji tego że zakres wagowy już dawno przekroczył i zarządziłam mu diete, musiałam odmówić wydania mu kolejnej saszetki z karmą. Trochę się zasmucił, poza tym nie było już mojej koleżanki Marysi, która też ma do niego słabość – więc kot chyba przeżył jakiś ciężki szok psychiczny i zamknął się w sobie. Żeby stan swojego nastroju jeszcze bardziej zobrazował umieścił swój szanowny zadek w pudełku..... co widać na załączonym obrazku.





Po chwili kontemplacji własnego ja – udał się do pokoju obok gdzie rozładował powstałe wewnętrzne napięcie oglądając rybki w akwarium.

On jest rozbrajający.
A rano dnia następnego (jak i w inne dni) znów powitał mnie swym radosnym wrzaskiem obwieszczającym – już jestem głodny!!!

niedziela, 25 stycznia 2009

Robótki


Oto moja nowa robótka - to dopiero początek. Ma dużo łańcuszka więć muszę bardzo uważać żeby nie powstała z tego falbankowa sukieneczka dla lalki.
Może ja jutro zdezerteruje z pracy i porobię sobie w domku serwetkę.... marzenia ściętej głowy:)
Do pracy rodacy!!!!

czwartek, 22 stycznia 2009

Znów na posterunku

Trudno powiedzieć żeby choroba była czymś dobrym- stwarza jednak szanse poleżenia w domu i z czystym sumieniem spania do 9. Niestety, zwolnienie się skończyło i od wczoraj znów na posterunku bakteryjnym – choć kontakt z rzeczywistością o tej 6.45 ciężki.....
Zwłaszcza że jak gorączka spadła i mięśnie przestały już boleć przy każdym ruchu znalazłam sobie wzorek na serwetkę do robótki. Nie wiem co z niej powstanie bo ma dużo łańcuszków i wielkich oczek a jak ja zaczynam robić łańcuszkiem to zawsze wychodzi z takiej serwetki falbanka ale zobaczę, będę sumiennie kropeczki liczyć.
I jak tu teraz usiąść do komputera w pracy jak w domku jest ciepły kocyk, fotelik i szydełko.
Pozostaje tylko hasło – „oby do 16” i wizja przyszłego rychłego weekendu – choć chyba wypada w sobotę wreszcie ogarnąć trochę mieszkanie po MASH’u.

A wiadomośc dnia - moja współdziergaczka Aga ma dziś urodzinki!!!
Dużo, dużo, dużo, dużo, dużo, dużo, dużo, dużo, dużo uśmiechów i fajnych pomysłów!!!!

piątek, 16 stycznia 2009

Chorobowe....

Bakteria od środy na chorobowym... Pisać nie ma siły, ledwo siedzi, wczoraj były bańki.


A jednak wzieli się już i za swoich... bestie - zarazy!



Pozdrawia Wszystkich Biedronka-Stonka

poniedziałek, 12 stycznia 2009

Refleksja Bakterii na temat wirusów

Jak to zwykle bywa z nastaniem czasu zimy nastał czas wirusów w środowisku. Od piątku choruje Patryk. Wysoka gorączka, kaszel bóle w piersi, ciężko mu oddychać i jest ogólnie osłabiony. W sobotę podobne objawy zaczął mieć mój tata. Myśmy się wczoraj z Patykiem zebrali i pojechali do przychodni – wynik – zwolnienie, antybiotyk i zdiagnozowane zapalenie oskrzeli, lekarz nas pocieszył, że teraz panuje wirus i 90% przypadków zgłaszających się do niego ma zapalenie oskrzeli.
Dziś do lekarza poszedł mój tata – wynik – analogiczny – antybiotyk, 7 dni zwolnienia, pewnie też zapalenie oskrzeli.
No to sobie chłopaki poleżą – a siostra Marta Bezosierdzia będzie mogła nieść pomoc potrzebującym:) licząc, że swój swojego nie weźmie czyli wirus oszczędzi Bakterię.

Jedno tylko sobie w związku z zaistniałą sytuacją uświadomiłam – tu wszyscy chorzy a w telewizji podają, że namnażają się kolejne problemy ze służbą zdrowia: zamknęli gdzieś oddział, nie ma lekarzy, gdzieś przydział zabiegów na ten rok się kończy, szpitale toną w długach...itd., wychodzi na to, że przyszło nam żyć w takich czasach kiedy łatwiej z psem pójść do weterynarza niż z człowiekiem do lekarza. No rozumiem, że do weterynarza chodzi się odpłatnie, ale jeśli na co 2 ulicy jest gabinet weterynaryjny to jest w czym wybierać również pod względem ceny. A tu chcesz człowieku bezpłatnie iść się leczyć to stoisz w mega długiej kolejce bo jest jeden ośrodek, jeden lekarz, jedna poczekalnia – i jak może żeś tam do tej kolejki szedł to byłeś tylko lekko przeziębiony to po 2 godzinach stania i oddychania jednym powietrzem to już grypę masz na pewno. Trzeba się z miesięcznym wyprzedzeniem zapisywać na cokolwiek – ba nawet i czasem półrocznym, i jeszcze trzeba wiedzieć kiedy dzwonić bo zapisy są np. tylko w piątek trzynastego o trzynastej przez trzynaście minut.
A z psem proszę – biorę Suzi pod pachę, jadę, czekam góra 15 i już. Sprawa załatwiona, a ty człowieku chcesz się leczyć to zacznij jak będziesz zdrowy – to może zdążysz dotrzeć do jakiegoś specjalisty jak cię choróbsko złapie. A jak chcesz iść prywatnie – to proszę bardzo za 2 minutową rozmowę z lekarzem zapłacisz tyle co za składkę zdrowotną – już siłą od ciebie zabraną, a jak się okaże, że choroba poważniejsza to i tak dostaniesz skierowanie do państwowego szpitala.

Przepraszam wszystkich, którzy związani ze służbą zdrowia poczują się dotknięci, wiem że nie wolno mówić tendencyjnie, że są wyjątki, a nawet jeśli nie to że zwykły lekarz nic z tą całą sytuacją sam nie zrobi, że pielęgniarki mają ciężko a panie w recepcji tylko dwie ręce i dwoje uszu, nie wypowiadam się tu ani za ani przeciw prywatyzacji szpitali, ja po prostu myślę, że problem jest i trzeba o nim pamiętać nie ważne czy ktoś zdrowy jest czy chory. A Nobla temu kto uzdrowi tą sytuację.
Wszystkim zaś na zdrowie – oby do lata.

niedziela, 4 stycznia 2009

Zmęczyłam Grimpow’a!!!

Udało mi się!!!! W piątek skończyłam „Grimpow Sekret ośmiu mędrców” Rafael’a Abalos’a. Zadusiła mnie ta książka, zmęczyła i ogólnie zniechęciła. Jak już pisałam, ktoś w myśl tzw. „łyk’u maketinowego (chwyt marketingowy – Kabaret Ani mru mru skecz o chińskiej restauracji) napisał na tylnej okładce hasła: Światowy bestseller i Hiszpańskie „Imię róży” i to mnie chyba zwiodło. A zawsze powtarzali starzy wyjadacze biblioteczni "nie oceniaj książki po okładce!" – ja oceniłam i mi się dostało.

Oto młody chłopak, Grimpow, trochę rzezimieszek i włóczykij wchodzi w posiadanie tajemniczego kamienia, który okazuje się być kamieniem filozoficznym. (wow!) Kamień ten ma go prowadzić do jeszcze większego skarbu, który templariusze przywieźli z Jerozolimy, a który im w opiekę powierzyli wielcy mędrcy (wow!!!). Młody chłopak dzięki mocy kamienia staje się bardzo mądry i z prostaczka przemienia się w naukowca (Wow!!!!!). Podąża więc on wraz z przyjacielem - dzielnym młodym rycerzem i piękną dziewczyną o zjawiskowej urodzie szlakiem wskazówek by odnaleźć sekret mędrców, na plecach zaś czuje oddech króla Francji, który też chce posiąść ten sekret licząc że jest to wielkie bogactwo i obietnica nieśmiertelności, oraz szalejącej ręki sprawiedliwości świętej inkwizycji – która też w osobie św. inkwizytora marzy o skarbie. Sprawa jest poważna bo Grimpow jako ostatni powiernik kamienia jest jedyną osobą, która sekret mędrców może odnaleźć, jeśli mu się nie uda, przepadnie wielka wiedza i mądrość.

Pasjonujące??.... niby tak, ale nie do końca mi wiadomo dla kogo książka jest pisana - bo jeśli dla dorosłych to jest strasznie infantylna! Zero polotu, po 100 stronach robi się nudna - od razu wiadomo kto jest dobry, kto zły, kto zwycięży a kto dostanie w nos. W ogóle nie trzeba się umysłowo wysilać. Wiadomo, że skarb zostanie odkryty przez Grimpow’a, że inkwizytor jest bee, że piękna dziewczyna będzie ukochaną rycerza – (z która tak naprawdę znali się już od dzieciństwa i teraz szczęśliwie rycerz wybawił ją z niewoli u złego diuka i na nowo uczucie odżyło....) Fabuła niby zawiła ma bardzo proste rozwiązania, dziwnym trafem pozytywnym bohaterom zawsze poprawnie udaje się rozszyfrować zagadki, jak jest źle to wiadomo że na swojej drodze spotkają jakiś dobrych ludzi którzy im pomogą, i ogólnie są genialni. Kto porównał tą książkę do „Imienia róży” - nie wiem, ale chyba którejś z tych książek nie czytał...

No nic – dobrze ze już ją skończyłam. Teraz poszukuję nowej lektury. Po takich przejściach chyba sięgnę tym razem po jakiegoś znanego mi pisarza.

Tymczasem pozdrawiam
Jutro idę pierwszy raz w tym roku do pracy. Mam nadzieję, że mi nic tam nie zamarzło.

piątek, 2 stycznia 2009

I jeszcze tradycyjne życzenia!

Wybaczcie to jednodniowe opóźnienie w życzeniach, ale po sylwestrowym balu położyłam się o godz. 7 rano, toteż pierwszy dzień Nowego Roku spędziłam raczej leniwie, bo jakoś tak wszystko mi powoli szło;) Ale widzę, że Marta na posterunku i pierwszy post w tym roku już jest! To mój będzie drugi, za to z życzeniami od nas obu:)

Wszystkiego dobrego nie tylko w tym 2009ym ale i w każdym następującym po nim roku! Oby kolejne dni przynosiły wyzwania, którym zdołamy sprostać, by ludzie otaczali nas życzliwością a my byśmy umieli ją odwzajemniać obdarzając wszystkich uśmiechem. Oby w tych nieuchronnych trudnych chwilach był przy nas ktoś bliski, komu można wypłakać się w ramię i z kim wspólnie można sprostać problemom. Oby wreszcie zmiany, które zajdą w tym roku w naszym życiu, prowadziły nas do prawdziwego niegasnącego szczęścia:) Radości i pokoju nam wszystkim!

I jeszcze mały prezencik noworoczny - czyli Nowy Roczek i Nowa Roczka ;) A tak naprawdę to moi siostrzeńcy (Madzia po lewej i Dominik po prawej) czyli moje noworoczne źródło ogromnej radości:)

Witamy w 2009 roku

Nowy Rok trzeba rozpocząć dobrze –więc ja go zaczynam od urlopu. Właśnie sobie późno wstałam (mimo że pierwsze budzenie było już o 8.30 – telefon od szefa, gadka się nie kleiła bo cały czas mi się wydawało, że mi się to śni, a on się biedak pytał gdzie znajdzie dokument z listą obecności bo ją trzeba jeszcze raz wydrukować, sorry szefie że byłam trochę oschła w powitaniach, ale sam rozumiesz) – zjadłam dobre pożywne śniadanko – biały barszczyk, upiększyłam się i teraz się biorę za dalsze leniuchowanie.

A w planie m.in. poczytanie. Męczę pewną książkę – „Grimpow Sekret ośmiu mędrców” – już tak ją czytam chyba ze 2 miesiące, i robię to tylko dlatego że głupio mi kolejną książkę oddać do biblioteki nie przeczytaną. Wcześniej oddałam „Merlin Ostatnie seanse” która po przeczytaniu ok.170 stron wydała mi się nieskładnym gadaniem o niczym. Jak skończę tego Grimpow’a to ją opiszę, szczególnie dostanie się temu kto na okładce umieścił hasło reklamowe „Hiszpańskie Imię róży” i Światowy bestseller.........

Muszę też zrobić porządek w robótkowych planach i wreszcie zeskanować wzorki na frywolitki, które mi pożyczyła koleżanka z pracy. Do tego wiadomość dla Agi – w tej gazetce co mi dałaś jest wzór na robienie szalika z pasów, które się plecie na palcach i wczoraj się tej techniki nauczyłam a dziś się będzie uczyć moja mamcia.

„Przepisałam” też już nowy kalendarz – czyli powpisywałam ważne daty w nowy rok. Mam teraz zagłostkę bo się wczoraj nie mogłam zdecydować który kalendarz sobie powiesić – jeden mam ze zdjęciami z Wyborczej drugi z misjami katolickimi gdzie też są fajne fotki – wiec uzupełniłam oba i na razie wiszą dwa... będę je zmieniać co miesiąc. Poza tym wczoraj stwierdziłam, że szkoda mi wyrzucać kalendarza z 2008 roku bo... z tylu każdej karty jest tyle miejsca do rysowania. Dopóki mama nie krzyczy ze starocie leży w pokoju na stole to sobie w nim bazgrze i rysuje...taki recykling powierzchni:)