czwartek, 24 września 2009

Powracamy pełne radości i uśmiechu.

Nasz bloogik milczał trochę, bo był to dla nas okres bardzo gorący nie tylko ze względu na temperaturę.
Otóż jedna z nas odbywała piękną i nie jedną wędrówkę duszy o których na pewno sama napisze, a druga, czyli ja - wędrowała za swym lubym by wyjść za mąż i nie zaraz wrócić.

Ślub – super sprawa. Ja bawiłam się świetnie. A patrząc na mojego w sumie nie tańczącego zwykle męża jak wywijał na parkiecie to on też się dobrze bawił. Atmosfera super, goście wspaniali i weseli, orkiestra – godna polecenia, będę teraz ich tajną reklamą bo wzięłam od nich wizytówki i rozdaje. Podobnie jak polecam sale. (zainteresowanym podam bliższe dane i szczegóły co by tu teraz nie zanudzać)

A my jako młoda para – no wiadomo – przeżyliśmy gorący okres przedślubny, przeżyliśmy nerwy i stres, wstawanie rano do kościoła by porządkować kwiaty, złapać organistę (a go wtedy nie było), próby makijażu i fryzury (to akurat ja) i wszystkie inne ważne sprawy które 5 września miały być załatwione i 1000 innych ważnych o których zapomnieliśmy a wszystkie one w pewnym momencie znikły.
Przyznam się wam że już w kulminacyjnej chwili jakiś dziwny spokój mnie opanował, wiedziałam że wszystko jest tak jak trzeba, mąż kochany i sercem wybrany, wspierająca mnie rodzina i przyjaciele, cóż innego chcieć i jak sobie to uświadomiłam nie było już stresu i nerwów.
A potem zabawa do białego rana. I prezenty i życzenia. Super sprawa taka zabawa. Zespół muzyczny dwuosobowy dał czadu za nie jedną orkiestrę wojskową, goście tańczący i na parkiecie szalejący, i co tam kogo przejmują odciski na palcach, albo buty, albo szal zaginiony w akcji trzeba szaleć, tańczyć, wywijać.
No mnie w pewnym momencie zaniepokoiła lekko dziura w mej misternej koronce na sukni, zwłaszcza że dziura wydłużyła trochę rant sukni przez co sama sobie ją deptałam. Dziura powstała gdy narzeczona brata tańczyła z nim jakąś skomplikowaną figurę i obcasem natrafiła na mnie, zaplątała się w mą suknie, brat w tym momencie nie zauważywszy wykonał obrót przez co obwiązaliśmy się wszyscy troje moją koronką i jak trzygłowa mumia lecieliśmy na podłogę, na szczęście pomocna dłoń Agi i wszechobecnego fotografa uratowali nas od kontaktu z podłożem.
Agi dłoń też potem zafastrygowała dziurę i uratowała moją piękną suknie. Szanowni czytelnicy teraz wszem i wobec mówię głośno – Aga to najlepsza przyjaciółka jaką może mieć panna młoda. Wielkie wielkie dzięki Agnieszko za wszystko.

Po weselu poprawiny... które trwały chyba trzy dni, bliźniaki Stapp mogłyby coś o tym napisać – tylko jeszcze chyba nie umieją, no nic, liczę że kiedyś wydadzą wspominania z okresu dzieciństwa.

Potem jeden dzień przerwy – z oczekiwaniem na przyjazd lodówki. (jest wielka i wszystko się w niej na razie mieści), w czwartek mamy urodziny – szampan, tort i prezenty. A w piątek – wyjazd do Krynicy.... ale to już zupełnie inna historia o której później opowiem :)

Brak komentarzy: