wtorek, 26 stycznia 2010

Kabaret na cały rok

W niedziele z mężusiem poszliśmy wieczorkiem się ukulturalniać. Na Kabaret do Kongresowej! Spokojnie - bilet w rozsądnej cenie, pora bardzo miła, bo 17, wszystko załatwione przez Internet, więc bez wychodzenia z domu – super.


Odstroiłam się na cymes, mąż spodnie od garnituru, koszula, kamizelka – no cudny, choć przez chwile mruczał coś o dżinsach ale powiedziałam, że po moim trupie! (choć potem się okazało że większość żon, narzeczonych, dziewczyn nie była tak uparta)


Pikachento pomknęło pięknie do Warszawy – ten samochodzik stale mnie zachwyca, taki niby mały, niby niepozorny a mróz mu nie straszny, pięknie odpala i gna przed siebie.
Pod Kongresową zaparkowaliśmy jak kulturalni ludzie na parkingu, wzięliśmy bilecik parkingowy, poszliśmy odebrać bilety – bardzo miła obsługa, oddaliśmy płaszcze do szatni i poszliśmy na amfiteatr, bo gdzieś tam były nasze miejsca. Jeszcze po drodze spotkaliśmy ciocie, która pracuje przy obsłudze przedstawień, umówiliśmy się jak wracamy, gdzie ma czekać itd.


Miejsca nasze okazały się nie tak wygodne jak się spodziewałam. Siedzieliśmy na krzesłach a nie typowych fotelach, miejsca nasze były między kolumnami, osobne, niepołączone plecami. Ale gdy tak patrzę z perspektywy chyba lepiej, że takie miejsca mieliśmy, bo po pierwsze, mogło być gorzej - kanapy które były za nami nie miały pleców a my przynajmniej mogliśmy się oprzeć, a po drugie z mężem jesteśmy raczej wyżsi i pojawił się problem z upchaniem nóg między wąską przestrzeń naszych miejsc a rzędu foteli przed nami – musiałam deczko bokiem siedzieć, ale w sumie potem po przedstawieniu sprawdziłam, że we wszystkich rzędach jest tak wąsko, wiec jakbyśmy siedzieli w rzędzie fotelowym to musiałabym chyba trzymać kolana u sąsiada. Cóż powiedzmy sobie szczerze kiedyś ludzie byli mniejsi, a ten przybytek do najmłodszych nie należy...

Ale co tam trochę niewygody, kiedy kabaret świetny. Bardzo dobra konferansjerka Artura Andrusa i Tomka Jachimka. Panowie zapowiadali Kabarety, ale zanim powiedzieli, kto w danej chwili wystąpi strzelali anegdotami, rzucali żarty i uczyli ludzi zwracać uwagę na drobnostki świata. Okazało się, że czasem w mało ważnej instrukcji obsługi, notce z gazety lub ogłoszeniu drzemie ukryty komizm. Od dziś będę czytać instrukcje obsługi!

Program Kabaretu podzielony był na 4 pory roku – na każdą porę kilka kabaretów. Występowały Kabaret DNO, Kabaret Limo, Ani Mru Mru, Kabaret Moralnego Niepokoju, Kabaret Młodych Panów, Łowcy.B – i mimo że ich zbyt nie lubię to tym razem ich skecze mi się bardzo podobały. Wystąpił też nowy kabaret – Kabaret Tenor – w skład, którego wchodzi dwóch panów z wykształceniem muzycznym – jeden gra a drugi śpiewa, ale jak śpiewa – jest tenorem, z super głosem i do tego ma świetne poczucie humoru i dystans do siebie – śpiewał „usta milczą, dusza śpiewa....” ubrany w kostium 2 częściowy - z jednej strony frak a z drugiej suknia balową i blond peruka. Jakby się zacząć nad tym głębiej zastanawiać to można to dwojako interpretować – po prostu, że mężczyzna śpiewa do kobiety, albo - że sam śpiewa do siebie, bo jako artysta kocha tylko siebie... Ten kabaret tak się wszystkim podobał, że był pierwszym (a występował w drugiej części programu), który był dwa razy wywoływany na brawa.
Ale największe mistrzostwo pokazał Moralny Niepokój – drugi z ich skeczy powalił wszystkich na kolana. Ledwo mogłam złapać powietrze od śmiechu. Tekst „uważaj wędrowcze! Zostaw to miejsce takim, jakim je zastałeś” w sytuacji, gdy jeden myśliwy musi drugiemu pod czujnym okiem ekologa i obrońcy Tybetu sprawdzić metkę w majtkach... pozostanie w mej głowie na długo.
Bawiłam się świetnie. Serdecznie polecam takie wyjścia.

W sumie można powiedzieć, że naładowaliśmy akumulatory na bardzo długo, ale ich zapas został nieco nadszarpnięty przez niektórych widzów, którzy tak się bali kolejek przy szatniach, że zaczęli wychodzić z sali, kiedy Andrus i Jachimek kończyli program i żegnali widzów. Jak dla mnie bardzo to niegrzeczne. No, ale tak bywa. Potem w kolejce każdy stał tylko i pukał obcasem z nerwów, że jeszcze nie dostał palta.

Ale najlepiej było na parkingu. I nie, dlatego, że był korek do wyjazdu. NIE! Okazało si,ę że na cały parking wokół Kongresowej jest tylko jedna kasa. I to elektroniczna. Otrzymany bilet trzeba tam wrzucić, poczekać aż maszyna policzy należność, wrzucić pieniążki i poczekać aż wpłatomat odda bilet, bez którego się nie wyjedzie z parkingu. Kolejka była jak do monopolowego! Wszyscy stali, na 20 stopniowym mrozie i dziwili się jak to możliwe, że w takim miejscu jest tylko jedno takie diabelskie urządzenie. Niektórzy stali na zmianę, inne rodziny wprowadziły podział obowiązków – jeden stoi reszta biega i szuka drugiego wpłatomatu.

Ale my mieliśmy szczęście. Nam, współkolejkowicze trafili się bardzo fajni. Może dlatego, że staliśmy na końcu – czyli oni też się nie śpieszyli do szatni, mieli trochę dystansu do życia bo właśnie się dobrze bawili – wiec zamiast się kłócić albo narzekać wszyscy zaczęliśmy żartować, wymyślać jakieś absurdalne pomysły jak obejść ten wpłatomat. Potem jedna z pań patrząc na drugą stronę ulicy, przypomniała sobie jak to za komuny stała pod Emilką w kolejce i też było tak zimno i maiła kupić wersalkę a… kupiła 2 fotele, jeden jasny a drugi ciemny, ale się i tak cieszyła. Zaczęły się wspomnienia, pojawiły się historie życia i w atmosferze mrozu wszyscy świetnie się bawili.
Każdy zmarzł na kość - ale wieczór był świetny.


A teraz dziękuję za cierpliwości tym, którzy wytrwale przeczytali ten wpis. Życzę dużo uśmiechu – on dobrze działa na mróz.

Brak komentarzy: