czwartek, 18 marca 2010

Jak mój mąż ratował babeczki

Tylko proszę bez skojarzeń. Babeczki to mufinkami i to z kropeczkami czyli czekoladą. Zamarzyły się nam w niedzielę. W południe fabryka ruszyła pełną parą bo zamysł był taki że wykonamy ich więcej co by starczyło na 4 domy - czyli nasz, mamy Krysi, mamy Joli i przebywającej u nas tymczasowo w weekend cioci Basi.

W sumie ciasta zrobiłam dość sporo. Piekłam na 2 brytfanki, taśmociąg szedł sprawnie – aż do czasu kiedy na skutek pilnych napraw na terenie naszej gminy znikła elektryczność. Piecyk mam elektryczny, bez prądu nie działa, jeden wsad babeczek pójdzie na zmarnowanie bo już był w piecu, już babeczki trochę podrosły ale ni jak nie było szans że się upieką.

I wtedy mój sprytny mąż wykąbinował ratunek – posadził babeczki na naszym piecu do ogrzewania. Z racji tego że w piecu mąż nieźle napalił część babeczek się nam przypaliła, trzeba było potem stać nad nimi i uważać, ale i tak wszystkie 12 się upiekło, i zakalca nie było.







Brak komentarzy: